Pod koniec lipca brałam udział w dwudniowych warsztatach naturalnego jeździectwa z Katarzyną Jasińską Parelli Professional. Szczerze mówiąc, jadąc tam nie byłam pewna czy nie jest to trochę strata czasu i pieniędzy, nie żebym wątpiła w umiejętności Kasi, tylko na warsztatach z poziomu pierwszego byłam już parę razy i z tych kolejnych za dużo nowego nie wyciągnęłam. A tu niespodzianka! Okazało się że ja nic nie umiem! 😂😂😂 Dowiedziałam się takiej masy nowych rzeczy, to naprawdę niesamowite! Kasia jest najlepszą instruktorką jaką spotkałam. Ma genialny sposób uczenia i bardzo dogłębne spojrzenie na całą sprawę. Nie skupia się tylko na jednym elemencie, patrzy na całość, od razu przewiduje co będzie potrzebne nawet w odległej przyszłości, dzięki czemu od razu można pracować tak, żeby uniknąć późniejszego zamieszania. Bardzo dokładnie pokazuje co, jak i dlaczego, nie zostawia niedomówień, zwraca uwagę na takie szczegóły o których ja nie miałam pojęcia, mimo że siedzę w Parellim już parę lat i trochę szkoleń mam za sobą. Nikt mi nie powiedział tyle co ona. Naprawdę bardzo, bardzo się cieszę że mogłam tam pojechać i ją poznać. Jeśli macie taką możliwość polecam z całego serca (nie, nikt mi nie płacił za reklamę 😂😂😂).
Długo się zastanawiałam w jakiej formie umieścić to wszystko na blogu i myślę że rozbiję to na kilka oddzielnych postów, żeby nie robić bałaganu, bo naprawdę dużo informacji jest wartych przekazania.
Moją towarzyszką na czas warsztatów była śląska klacz Afera. Dobrze trafiłam, bo uwielbiam ślązaki ❤❤ Była cudowną dziewczynką, z pozoru grzeczną, ale z iskrą w środku. I ta iskra dawała o sobie znać. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że była niezwykle wyczulona na działanie kantara. Wiele razy byłam dla niej niesprawiedliwa, bo wszystkie konie, z którymi dotychczas pracowałam potrzebowały silniejszych sygnałów, żeby w ogóle jakkolwiek zareagować, a ona nie miala wcześniej doświadczenia z Parellim i odpowiadała błyskawicznie. Nie zdążyła się znieczulić, co się niestety zdarza, jeśli nie mamy wystarczająco lekkich faz.
Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, jak szybko załapała czego od niej chcemy. Pierwszy raz bawiłam się z zupełnie zielonym koniem jeśli chodzi o Parelliego i naprawdę było to niesamowite doświadczenie. Dzięki temu mogłam na własne oczy się przekonać że sygnały, których używamy są dla koni zupełnie naturalne- w innym przypadku dużo więcej czasu by zajęło zrozumienie ich. Kasia poprawiła u mnie wiele szczegółów, dzięki którym od razu skoczyłam mocno do przodu, bo tak naprawdę wszystko co robimy z końmi to wariacja którejś z siedmiu gier, dlatego trzeba bardzo mocno pracować nad ich podstawową wersją.
Aferka była bardzo typowym lewopółkulowcem- dominującym, z własnym zdaniem ale i chętnym do zabawy. Bardzo interesowało ją wszystko co robiłyśmy- w końcu coś nowego, nie? Pod warunkiem że rzeczywiście coś robiłyśmy. Kiedy stawałyśmy w miejscu żeby posłuchać co mamy do zrobienia, zaczynała się nudzić błyskawicznie i szukać czegoś do zjedzenia albo zbadania.
Pierwsze zabawy wykonywała bardzo chętnie, starała się z całych sił mnie zadowolić i była naprawdę przekochana w tym. Już po kilku powtórzenia wystarczała jej pierwsza-druga faza. Poczyniłam wtedy cenną obserwację- zanim sprzęt doprowadzi nasz sygnał do konia mija chwila. Trzeba to uwzględnić i dać koniowi więcej czasu na reakcję- w innym wypadku będziemy dla niego niesprawiedliwi. Tego nie widać tak bardzo u doświadczonych koni, ale u tej klaczy bardzo. Przez chwilę nie działo się nic, a potem, kiedy falowanie liny przełożyło się na kantar odskakiwała jakby ją prąd kopnął. Wiedziałam że muszę być jak najbardziej delikatna, żeby nie zatracić tej wrażliwości, dlatego było mi strasznie głupio że daję jej za mocne fazy, ale z drugiej strony dzięki temu mogłam się czegoś nowego nauczyć.
Bardzo mi się podobało, że była nauczona chodzenia przy człowieku i zatrzymywania się razem z nim. Wiele koni nawet siedzących od lat w Parellim ma z tym problem, a ona od razu, z nieznaną osobą. Niestety wchodziła przy tym trochę za bardzo w moją strefę osobistą, co w ogóle jest niedopuszczalne, a z uwagi na jej ciężar i podkute kopyta było naprawdę niebezpieczne. Za każdym razem kiedy się zbytnio zbliżała przekazywałam jej, że tu już nie może być, co jednorazowo działało super, ale żeby zapamiętać na dobre musiałaby trochę dłużej to poćwiczyć.
Diabełek pokazał różki kiedy przeszłyśmy do okrążania. Z początku nadal była spokojna, ale kiedy musiałam podnieść energię, żeby pomóc jej zrozumieć o co chodzi, włączył jej się tryb małego buntownika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz