Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 25 września 2017

Where it feels like home

Witajcie kochani! Dawno mnie tutaj nie było, dawno nie było mnie też w stajni. Bardzo dużo się zmieniło ostatnio w moim życiu, ten miesiąc był jak rollercoaster. Całe życie do góry nogami. Całe szczęście w pewnym momencie doszłam do wniosku że żyć samą szkołą się nie da, choćby się tą szkołę kochało i trzeba się wreszcie wybrać do stajni. Chwała Bogu! To była najlepsza rzecz jaką mogłam zrobić.
Dziewczynki były doprawdy przecudowne. Pracując z Pochodnią czułam się jakbym wróciła do starej kumpeli, kogoś kogo dobrze znam, co naprawdę było mi potrzebne po trzech tygodniach nowych ludzi, miejsc i sytuacji. Bardzo mnie ucieszyło że nabrałam pewności siebie, odwagi i otwartości. Dzięki temu o wiele lepiej się czułam przy koniach. Zupełnie przestałam się bać Pochodni, co czasem mi się zdarzało, bo jednak koń to duże zwierzę. Tym razem jednak czułam że naprawdę mogę jej zaufać.
Sesja zabawowa była bardzo udana i myślę że faktycznie była niezłą zabawą dla obu stron. Na sam początek, żeby złapać połączenie chodziłyśmy sobie obok siebie, to się zatrzymując to podbiegając kawałek. Cel był taki, żeby łopatki Pochodni pozostawały na wysokości moich ramion. Były momenty, że samo stanowcze ściągnięcie energii i przesunięcie ciężaru w tył wystarczało żeby zaryła kopytami w ziemię, zatrzymując się bez wahania, bez zastanowienia. To było cudowne.
Później, żeby się dobrze rozgrzać i jednocześnie bawić, poprosiłam ją o kłus i co i rusz zmieniałam kierunek, tak by biegła prosto do mnie, po kole, obok mnie w miarę możliwości zostając w kłusie. Pięknie się na mnie skupiała i bardzo mi się podobała taka zabawa. Po pewnym czasie ułożyłam trzy drążki i wysłałam ją na koło, to w jedną stronę, to w drugą. Bardzo ładnie pracowała nóżkami i zadem, więc dostała ode mnie dużo głaskania i masowania :3
Miałam szalony pomysł żeby spróbować ósemki z dwoma skokami, więc na początek ułożyłam w brzuszkach ósemki po drążku, żeby załapać mniej więcej jak to ma wyglądać. Wychodziło całkiem zgrabnie, młoda się już rozbiegała i wolała nawet to robić w kłusie niż w stępie. Ustawiłam więc jedną przeszkodę, która okazała się całkiem wysoka, (spokojnie, dla mnie wszystko jest wysokie, rzadko widuję skaczące konie na żywo ;p) ale Pochodnia dała sobie świetnie radę. Jak ona skacze! Od tych susów dosłownie mi szczęka opada 😂 Okazało się że na ósemkę to jednak za mało miejsca, więc zostałyśmy przy dużym kole, na którym poza przeszkodą leżały jeszcze dwa drągi. Skakała bardzo chętnie, sama się rwała na przeszkodę, może nie zawsze wychodzilo jej idealnie technicznie, ale najważniejsze że się podobało 😉 Jako druga przeszkoda, po przeciwnej stronie koła znalazła się beczka, która jednak wydawała się za duża żeby ją przeskoczyć, więc dziewczyna skakała przez drągi które o nią oparłam, co i tak było dość pokaźnym skokiem.
Bardzo chciałam żeby w końcu skoczyła przez samą beczkę, więc mocno ją do tego dopingowałam, ale wydaje mi się że troszkę brak jej wiary w siebie, bo skakanie samo w sobie jej się podoba. Raz jednak się udało, za co dostała ode mnie dużo głasków i przytulasków. Taka zabawa nam obu sprawiała dużo przyjemności. Co kilka skoków przywoływałam ją do siebie, pilnując tylko żeby podchodziła z należytą miną, bez skulonych uszu, co zdarzało się tylko na początku, bo potem tak się wkręciła że przestało ją denerwować podnoszenie energii. Masowałam jej szyjkę, rozluźniałam, po czym znowu wpuszczalam na koło, to na drążki, to na przeszkody. Doszłyśmy nawet do tego że pomiędzy skokami galopowała, sama z siebie  bardzo ładnie, bez żadnych odpałów, a rzadko jej się zdarza pracować w ten sposób w galopie. Byłam z niej bardzo dumna. Takiej współpracy z koniem dawno nie miałam 💕💕
Na sam koniec poprosiłam ją o kilka kółeczek w kłusie, żeby mięśnie powoli się rozluźniły, z głową w dole. Zostawiłam jej dowolność co do tempa, tak naprawdę chodziło o to żeby ochłonęła, ale jak się rozkręciła to przestać nie mogła i tak zasuwała że ohoho 😂 Całe szczęście długa lina=duże koło= mniejsze obciążenie. Długa lina jest cudowna ❤
Później poprosiłam ją żeby zwolniła nieco, podeszłam do niej, i delikatnie masowałam szyję, podczas gdy ona cały czas biegła. Uwielbiam to robić z końmi, a tym razem tak się zagrałyśmy że wystarczyło że ja szybko szłam, żeby utrzymać tempo. Była niezwykle wyczulona na energię, reagowała na najmniejsze prośby. Mam wrażenie że jej również się podoba taka praca na kole z dotykiem, bo dzięki temu ktoś może jej zwrócić uwagę na poszczególne części ciała, które na przykład wypadało by rozluźnić ;)
Przeszłyśmy się jeszcze po terenie stajni, przesunęłam się do kolejnych stref, żeby wymasowac jej grzbiet i zadek, po czym zaparkowałyśmy w boksie.

Momenty, które się tam wydarzają są nie do opisania. Dzień się kończy, zostajesz sam w cichej stajni, tylko konie, ich spokojne oddechy, ciepło. Powoli zapada zmrok, otulając świat niczym kołderka. Gładzisz z czułością swojego konia, konia z którym właśnie spędziłeś wspaniałe kilka godzin, konia z którym świetnie się rozumiesz, z którym czujesz się jak z najlepszym przyjacielem. Uwielbiam przesiadywać tam z Pochodnią i Płotką. Kocham ich ciepło, kocham ich zapach, delikatną sierść. Ale mała jest dla mnie wyjątkowa. Te chwile, kiedy zaczyna przysypiać, przytulona do mnie, kiedy wtulam twarz w jej cudowne futerko, gładzę pyszczek... Nikt nie daje mi takiego uczucia jak ona. Takiego wypełnienia, spokoju, bezpieczeństwa, miłości. Czułam to już wcześniej, ale teraz wiem. Znalazłam swojego konia serca. Swoją końską drugą połówkę ❤

Dziewczynki na łonie natury

niedziela, 6 sierpnia 2017

Warsztaty z Kasią

Pod koniec lipca brałam udział w dwudniowych warsztatach naturalnego jeździectwa z Katarzyną Jasińską Parelli Professional. Szczerze mówiąc, jadąc tam nie byłam pewna czy nie jest to trochę strata czasu i pieniędzy, nie żebym wątpiła w umiejętności Kasi, tylko na warsztatach z poziomu pierwszego byłam już parę razy i z tych kolejnych za dużo nowego nie wyciągnęłam. A tu niespodzianka! Okazało się że ja nic nie umiem! 😂😂😂 Dowiedziałam się takiej masy nowych rzeczy, to naprawdę niesamowite! Kasia jest najlepszą instruktorką jaką spotkałam. Ma genialny sposób uczenia i bardzo dogłębne spojrzenie na całą sprawę. Nie skupia się tylko na jednym elemencie, patrzy na całość, od razu przewiduje co będzie potrzebne nawet w odległej przyszłości, dzięki czemu od razu można pracować tak, żeby uniknąć późniejszego zamieszania. Bardzo dokładnie pokazuje co, jak i dlaczego, nie zostawia niedomówień, zwraca uwagę na takie szczegóły o których ja nie miałam pojęcia, mimo że siedzę w Parellim już parę lat i trochę szkoleń mam za sobą. Nikt mi nie powiedział tyle co ona. Naprawdę bardzo, bardzo się cieszę że mogłam tam pojechać i ją poznać. Jeśli macie taką możliwość polecam z całego serca (nie, nikt mi nie płacił za reklamę 😂😂😂).
Długo się zastanawiałam w jakiej formie umieścić to wszystko na blogu i myślę że rozbiję to na kilka oddzielnych postów, żeby nie robić bałaganu, bo naprawdę dużo informacji jest wartych przekazania.
Moją towarzyszką na czas warsztatów była śląska klacz Afera. Dobrze trafiłam, bo uwielbiam ślązaki ❤❤ Była cudowną dziewczynką, z pozoru grzeczną, ale z iskrą w środku. I ta iskra dawała o sobie znać. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że była niezwykle wyczulona na działanie kantara. Wiele razy byłam dla niej niesprawiedliwa, bo wszystkie konie, z którymi dotychczas pracowałam potrzebowały silniejszych sygnałów, żeby w ogóle jakkolwiek zareagować, a ona nie miala wcześniej doświadczenia z Parellim i odpowiadała błyskawicznie. Nie zdążyła się znieczulić, co się niestety zdarza, jeśli nie mamy wystarczająco lekkich faz.
Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, jak szybko załapała czego od  niej chcemy. Pierwszy raz bawiłam się z zupełnie zielonym koniem jeśli chodzi o Parelliego i naprawdę było to niesamowite doświadczenie. Dzięki temu mogłam na własne oczy się przekonać że sygnały, których używamy są dla koni zupełnie naturalne- w innym przypadku dużo więcej czasu by zajęło zrozumienie ich. Kasia poprawiła u mnie wiele szczegółów, dzięki którym od razu skoczyłam mocno do przodu, bo tak naprawdę wszystko co robimy z końmi to wariacja którejś z siedmiu gier, dlatego trzeba bardzo mocno pracować nad ich podstawową wersją.
Aferka była bardzo typowym lewopółkulowcem- dominującym, z własnym zdaniem ale i chętnym do zabawy. Bardzo interesowało ją wszystko co robiłyśmy- w końcu coś nowego, nie? Pod warunkiem że rzeczywiście coś robiłyśmy. Kiedy stawałyśmy w miejscu żeby posłuchać co mamy do zrobienia, zaczynała się nudzić błyskawicznie i szukać czegoś do zjedzenia albo zbadania.
Pierwsze zabawy wykonywała bardzo chętnie, starała się z całych sił mnie zadowolić i była naprawdę przekochana w tym. Już po kilku powtórzenia wystarczała jej pierwsza-druga faza. Poczyniłam wtedy cenną obserwację- zanim sprzęt doprowadzi nasz sygnał do konia mija chwila. Trzeba to uwzględnić i dać koniowi więcej czasu na reakcję- w innym wypadku będziemy dla niego niesprawiedliwi. Tego nie widać tak bardzo u doświadczonych koni, ale u tej klaczy bardzo. Przez chwilę nie działo się nic, a potem, kiedy falowanie liny przełożyło się na kantar odskakiwała jakby ją prąd kopnął. Wiedziałam że muszę być jak najbardziej delikatna, żeby nie zatracić tej wrażliwości, dlatego było mi strasznie głupio że daję jej za mocne fazy, ale z drugiej strony dzięki temu mogłam się czegoś nowego nauczyć.
Bardzo mi się podobało, że była nauczona chodzenia przy człowieku i zatrzymywania się razem z nim. Wiele koni nawet siedzących od lat w Parellim ma z tym problem, a ona od razu, z nieznaną osobą. Niestety wchodziła przy tym trochę za bardzo w moją strefę osobistą, co w ogóle jest niedopuszczalne, a z uwagi na jej ciężar i podkute kopyta było naprawdę niebezpieczne. Za każdym razem kiedy się zbytnio zbliżała przekazywałam jej, że tu już nie może być, co jednorazowo działało super, ale żeby zapamiętać na dobre musiałaby trochę dłużej to poćwiczyć.
Diabełek pokazał różki kiedy przeszłyśmy do okrążania. Z początku nadal była spokojna, ale kiedy musiałam podnieść energię, żeby pomóc jej zrozumieć o co chodzi, włączył jej się tryb małego buntownika.

sobota, 17 czerwca 2017

Piknik Naturalsów

17 czerwca w Anka Rancho w Gliniance odbyła się trzecia już edycja pikniku naturalsów. To wyjątkowe wydarzenie pozwala na poznanie metod Parelliego w praktyce, sprawdzenie swojego porozumienia z koniem w zawodach Parelli Games, poszerzenie swojej wiedzy podczas fachowych wykładów oraz przede wszystkim udane spędzenie czasu na świeżym powietrzu.
Pierwszy odbył się konkurs na przebranie konia i jeźdźca, dzięki czemu przez cały piknik mogliśmy obserwować pięknie wystrojone pary. Uczestnicy wykazali się dużą kreatywnością, aż miło było popatrzeć. Następnie pary lub drużyny demonstrowały swój program ułożony do muzyki, pokazujący porozumienie między człowiekiem a koniem oraz przeróżne możliwość, które daje nam Parelli. Wszyscy postarali się, aby dopasować ćwiczenia do muzyki, dzięki czemu powstało piękne widowisko. W najbliższym czasie dodam tutaj fragmenty filmików, które wtedy nakręciłam, żebyście mogli zobaczyć jak to wyglądało. 
Kiedy już wszyscy uczestnicy się zaprezentowali, nadszedł czas na właściwe zawody. Pierwsza konkurencja polegała na przebiegnięciu z koniem toru przeszkód z ziemi. Trzeba było pokonać m.in. slalom, przeskoczyć prze beczki, wycofać konia siedząc na krześle. W zależności od sposobu wykonania zadania otrzymywało się różną liczbę punktów, przykładowo za wyższy chód było ich więcej. Przede wszystkim jednak jury oceniało porozumienie i relację z koniem. W Parellim nie jest najważniejsze to żeby pokonać przeszkodę, liczy się to jak nastawiony jest koń i w jaki sposób my go o to prosimy. 
W drugiej konkurencji tor niewiele się zmienił, należało go za to pokonać z siodła. Wiele było przygód podczas przejazdów, jednak z roku na rok poziom uczestników wyraźnie się podnosi. Dodatkową atrakcją był malutki źrebak, który pokonał tor razem ze swoją mamą, galopując dookoła i dziwiąc się wszystkiemu.
W międzyczasie można było posłuchać wykładu Julii Opawskiej o koniobowościach. Mimo że znałam już to zagadnienie, był to dla mnie cenny czas, bo wreszcie dobrze sobie wszystko ułożyłam. Wcześniej rozumiałam na czym polega podział, ale nie byłam w stanie na 100% wsadzić gdzieś konia czy człowieka. Teraz już rozumiem, dlatego napiszę wam o tym jak najszybciej. 
Wspaniałą nowością na pikniku był pokaz Agility. Reprezentacja Polski przyjechała ze swoimi psami, rozstawia tor i pokazywała na czym polega ich dyscyplina. Dla mnie była to nie lada gratka, bo uwielbiam agility a jeszcze bardziej border collie które ze sobą przywieźli.
Patrzenie na psy pokonujące tor jest dla mnie zawsze czymś wyjątkowym. Czuć od nich tak wielką radość, taką pasję, poświęcenie. Tyle energii ile wkładają żeby tylko zadowolić przewodnika. Porusza mnie to niesamowicie, od razu przejmuję tą energię, tą radość i zaczynam płakać, tak silne są to emocje. 
Tym razem dostałam wielki prezent. Mogłam nie tylko popatrzeć, ale i sama przebiec tor. Najpierw z Truflą, pieskiem w rozmiarze mini, a potem z borderkiem! Tak uwielbiam bordeki, byłam przeszczęśliwa mogąc to zrobić. Finka była niezwykle grzeczna, starała się bardzo, słuchała wszystkich moich poleceń i przeleciała tor z prędkością błyskawicy. Dostałam pochwałę że pięknie jej rzucam piłkę w nagrodę 😁😁 od kadry Polski! 🔝 A potem, kiedy już ją wygłaskałam i zbierałam się do odejścia, nagle usłyszałam "skoro tak uwielbiasz borderki, to mam dla ciebie zadanie specjalne". Tor level expert. Nikt tego przede mną nie robił. Finka miała na dwóch hopkach zrobić ósemkę, po czym polecieć dalej na tor. Jestem pod wrażeniem jak dobrze te psy reagują na komendy, przecież z pewnością łatwiej by jej było pobiec dalej. Poszło nam świetnie i otrzymałyśmy gromkie brawa od publiczności 💓💓
Bardzo się cieszę, bo jako znajoma załogi stajni, sama się na coś przydałam. Koleżanka występowała z dwoma końmi i kiedy jeździła na jednym, drugi był zamknięty na padoku obok. Widząc biegające konie obok mocno się zestresował i zaczął biegać wzdłuż płotu, po czym po prostu zanurkował pod pastuchem i poleciał przez siebie galopem. Akurat byłam obok, więc złapałam czym prędzej uciekiniera. Zakładałam że będzie chciał uciekać, więc zarzuciłam mu najpierw linę na szyję i dopiero potem założyłam kantar. Tymczasem wszyscy dookoła zdziwieni co ja wyprawiam, bo tamte konie stoją spokojnie i dają się ubierać bez problemów. Mnie uczył Siwy. Ja jestem przezorna. Wiedziałam że znowu ucieknie, to było oczywiste jak wschód słońca. Ale nikt inny tego nie wiedział, więc zaprowadziłam go tam znowu. Lepsze zamknięcie padoku nic nie dało. Chwilka i wyleciał znowu. Tym razem Iga go złapała i za chwilę go przejęłam. Zaprowadziłam go na padok dalej, skąd już nie mógł uciec. Zauważyłam jak wiele dał mi Siwy. Nie znałam tego konia, więc bardzo zdecydowanie postawiłam się w pozycji przewodnika. Nie dałam się wyprzedzać czy na mnie włazić. Wałach był bardzo zdziwiony, bo zwykle zapewne jest delikatniej traktowany.  Nie mogłam jednak ryzykować że coś odwali. Bardzo się cieszę że spotkałam Siwego, on mnie nauczył panować nad koniem. Dzięki niemu teraz poradzę sobie z większością, którą mogę spotkać. Trudne konie uczą najwięcej. Nie uważam żeby był szczególnie trudny, po prostu trzyletni ogier, ale tamte konie... Zupełnie inna bajka. Tak grzeczne, tak spokojne. Wolę inne konie, żywiołowe, ale przy tych poczułam się bezpiecznie. To cenne uczucie.
Odwiedziłam też Amberka, po 9 miesiącach. Kiedyś bawiliśmy się co tydzień. Pamiętał mnie. I był baaaardzo kochany. Poprzytulałam go ze wszystkich stron. Był niesamowicie miły i pozwalał mi na więcej niż zwykle. Wieszałam mu się na szyi, ściskałam, skakałam na niego. Uparłam się żeby się na niego wdrapać, ale on jest taki wielki! Dużo większy od koni ze Świdra. I taaakie ma brzuszysko 😂 Więc skakałam i skakałam, wdrapywałam się ale nic! Wcześniej się na mnie wściekał jak tak robiłam, teraz nic! Zatem kontynuowalam, z jednej strony, z   drugiej. Ciężko strasznie, bo koń się cały rusza, nie ma nic takiego sztywnego czego się można złapać. Nie chciałam mu krzywdy zrobić, nie mogłam tak mocno go trzymać. Ale udało się! Odkryłam sposób na brzuchatego konia! Wskoczyłam mu na szyję tuż przy kłębie, tak jest twardszy, a że akurat obniżył głowę było mi łatwiej. Jak już zawisłam, wiedziałam że osiągnęłam sukces. Teraz wystarczyło tylko przesunąć się bardziej na grzbiet. I powiem wam, że było tak całkiem wygodnie. Nie chciałam siadać, żeby móc się w każdej chwili ewakuować, gdyby coś się zadziało. Misiek mój kochany był taki cieplutki 💕💕 Głaskałam go po brzuchu, przytulałam. Popatrzył na mnie, obwąchał z jednej strony, obwąchał z drugiej, jak zawsze kiedy na niego wsiadałam. Pomyślał. Westchnął sobie. Był taki słodki! 💘💘

środa, 14 czerwca 2017

Uszłam z życiem

To był ciężki dzień. Mógł skończyć się katastrofą, ale na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie. 
Już z daleka słyszałam donośne końskie rżenie, powtarzające się stanowczo zbyt często, by było to normalne. Jego brzmienie mówiło o dużym zdenerwowaniu konia. Miałam nadzieję że to nie Siwy, bo byłoby naprawdę ciekawie, ale okazało się że to jeden z nowych wałachów, Impuls.
Dotarłam na miejsce, rozglądam się po padoku, bo ostatnio Siwy biegał już ze stadem. Patrzę, patrzę, a tu koni nie ma, płot zerwany ohoho! Albo zwiały, albo się wybrali nad rzekę, albo w stajni. Hah, nic z tych rzeczy. Po prostu inny padok. Poza Siwym, który siedział w boksie. Od razu zobaczyłam, że jest tak nakręcony, że ledwo stoi w miejscu i miałam nieodparte wrażenie, że gdyby nie lina, trzymająca go przy ścianie, najprawdopodobniej rozwaliłby boks. Niestety Siwy doskonale słyszał Impulsa, z którym za nic się nie może dogadać i gdyby mogli to ciągle by walczyli, a że nic nie widział, tym bardziej się denerwował. Widząc mnie jeszcze bardziej się podekscytował, ponieważ to oznaczało, że wreszcie wyjdzie. A ja, pamiętając co się działo ostatnio coraz mniej pewnie podchodziłam do wyciągania go z boksu. Pomyślałam jednak- wtedy się udało to i teraz się uda! Miałam przeczucie że to nie jest najlepszy pomysł, ale cóż miałam począć? Odpięłam najpierw linę od kantara, na którym był przywiązany, nie otwierając jeszcze drzwi. I to był błąd. Zaczął się tak szamotać po tym boksie, napierać na ściany, rzucać głową, że miałam wrażenie, że zaraz nie patrząc na mnie po prostu rozwali wszystko i stąd wyskoczy. Oczywiście nie mogłam do tego dopuścić, więc próbuję zapiąć go z powrotem. Ale to nie było takie proste. Złapać za ten kantar to jeszcze spoko, ale żeby go potem zapiąć na linę! Mało co palców nie straciłam, tak się rzucał, a sama lina była przywiązana do metalowego pręta, pod którym niestety musiałam przeciskać ręce, bo oczywiście nadal nie weszłam do boksu (teraz widzę, że to było głupie, ale wtedy nie miałam na tyle doświadczenia i myślałam że tak będzie bezpieczniej). Jakimś cudem udało mi się złapać za zapinkę, już nie to specjalne kółeczko do zapinania, ale nie mogłam nic na to poradzić. Przynajmniej nie rozwali już stajni. Ufff. Nieźle mnie przestraszył.
Widząc, że sama nie dam sobie rady, wyruszyłam na poszukiwania Julki. Szukam, szukam, nigdzie nie ma! Jako że wszystkie konie były na miejscu nie mogła nigdzie pojechać, ale poczekałam jeszcze chwilę, bo wiedziała że będę, a dotąd zawsze była jak przyjeżdżałam. Poustawiałam sobie opony na padoku, poobserwowałam ganiające się konie, co było bardzo ciekawe, ale w końcu stwierdziłam że nie mogę tak stać do nocy i napisałam do Julii po pomoc. Nie była ani trochę zdziwiona, że miałam takie problemy, widać norma. Już na wstępie usłyszałam "on ma się dzisiaj zmęczyć, i fizycznie i psychicznie, bo obie klacze mają ruję". Ohoho! Świetny początek, nie ma co! Nawet Julce niełatwo przyszło wyciągnięcie ogierasa z boksu, poszarpali się tam porządnie, młody wcale nie  chciał słuchać, a przecież Julka jest dużo bardziej doświadczona niż ja. Ojj, będzie ciekawie.
Tylko wyszedł zaczął biegać dookoła mocno nerwowo, ale Julka zdecydowanie przejęła kontrolę, domagając się całej jego uwagi i trochę go ogarnęła. Poprzestawiała go we wszystkie strony, używając wyższej energii i wymagając tego samego. Poganiała go trochę dookoła, po czym przekazała w moje ręce. Przez chwilę miałam wątpliwości, patrząc jak się zachowuje, ale natychmiast zdałam sobie sprawę, że tak absolutnie nie może być. Koń do razu wyczuje moją niepewność i tym trudniej będzie mi sobie z nim poradzić. Kiedy tylko to do mnie dotarło, uspokoiłam się na ile mogłam (a było to naprawdę dużo), zmobilizowałam pewność siebie i do roboty!
Samo wejście na plac okazało się nie lada wyzwaniem, bo trzeba przejść przez wąski korytarz graniczący z wybiegiem Impulsa. A on tak się wściekał na Siwego, biegał, szarżował, skakał na płot z zębami i gniewnym rżeniem. Bahri oczywiście nie pozostawał mu dłużny, więc stwierdziłam że lepiej będzie wejść od tyłu, przez płot, który akurat się rozwalił. Całą drogę tam Siwy kłusował dookoła mnie- wyszło nam bardzo ładne travelling circles- rodzaj okrążania, w którym koń utrzymuje koło, natomiast człowiek się przemieszcza.
Kiedy dotarliśmy na miejsce w zasadzie nic się nie zmieniło- nadal był mocno nieogarnięty. Zaczęłam z nim robić to, co wypracowałam już wcześniej na takie sytuacje- skupić go na mnie, dać konkretne zadanie wymagające zaangażowania, porządnie wybiegać, poprzestawiać zad i przede wszystkim wyraźnie pokazać że to ja w tej chwili jestem centrum uwagi, nie konie. Nie było to takie proste jak poprzednio, ale trochę się uspokoił. Pobiegałam z nim wzdłuż płotu, prowadząc go z wysokości kłębu, bo mało tego robiliśmy, al bardzo fajnie się w tym czuję. Okazało się, że bez najmniejszego problemu, a wrecz z przyjemnością utrzymuję końskie tempo! Toż to kiedyś było zupełnie nie do pomyślenia! 😮💪💪
Miałam w planie dopracowanie cofania do tunelu, ósemkę i chody boczne. Niestety w takich warunkach udało się zrobić tylko ósemkę. Był to nasz pierwszy raz i bardzo dobrze nam poszło.
Schemat polega na tym, że człowiek staje pomiędzy dwoma pachołkami, oponami, beczkami, czymkolwiek i poruszając się tylko w prostej linii przód-tył i oczywiście za pomocą sprzętu prosi konia, by ten okrążał pachołki w kształcie ósemki. Udało mi się nagrać krótki filmik, więc postaram się go tu wrzucić.  Ach, nie. Jednak nie. Bo nagrało się tylko jak ładnie kłusuje, a potem mi ucieka, kiedy go proszę, żeby skręcił 😂😂 Tak to jest jak się ma zapchaną pamięć...
Siwy bardzo ładnie wszystko zrozumiał, oprócz jednego momentu- w drugą stronę zakręcał pięknie, a w tą za nic nie mógł. Mimo to naprawdę świetnie nam poszło, więc już nie męczyłam go więcej.  Jako że miałam go zmęczyć, wysłałam go na koło w kłusie, znowu bawiliśmy się w travelling circles i jestem zachwycona jak to z nim pięknie wychodzi! Mój poprzedni koń za nic nie był w stanie utrzymać tempa, a tu no problem 😁
Nadszedł jednak taki moment, że szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam co mam z nim robić. Cały czas był nakręcony, biegał, więc nic w stój i na spokojnie a tylko tak się wcześniej bawiłam z końmi. Miałam go wybiegać, ale ile można biegać w kółko? Nie chciałam mu wyłączać mózgu, ale nie moglam nic ciekawego wymyślić. Drążki nie, skoki nie, jakieś nagłe skręty to lepiej też bo ta noga... Wyszło tak że on biegał, a ja miałam poczucie, że nie wiem, nie umiem. Nie powiem, nie było to fajne. Udało mi się go w miarę ogarnąć, na tyle, żebyśmy mogli wyjść. Jak tylko zbliżyliśmy sieedo Impulsa zaczął się szczerzyć i demonstrować jakim to on jest silnym ogierem.  Jakoś udało nam się przejść na trawę. Nawet trochę poskubał, ale zaraz konie zaczęły się ruszać, Impuls biegać i zrobiło się ogólne zamieszanie,  w którym i on się zdenerwował. Mimo to byłam z niego dumna, bo przez dłuższą chwilę zupełnie ignorował Impulsa. Potem zaczął popisowym kłusem biegać dookoła mnie. Nie mogliśmy wejść do stajni, bo akurat wpakowały się tam Pochodnia i Płotka. Nie miałam jak ich przepędzić, więc czekaliśmy aż sobie wyjdą. Założyłam, że do klaczy w rui lepiej się z napalonym ogierem nie zbliżać i podeszliśmy dopiero jak się porządnie oddaliły. 
Wejść bez problemu, zapakowaliśmy się do boksu, chwilę stał... i się skończyło. Wymyśliłam, że bardziej uszanuje drzwi niż mnie, więc zamknęłam drzwi i z zewnątrz próbowałam zmienić mu kantar. Znowu ten sam błąd. Zdążyłam tylko lekko poluzować kantarek, kiedy zorientowałam się, że nie tędy droga. Próbowałam założyć mu ten boksowy kantar, ale totalnie nic z tego nie wychodziło. Przeciwnie. Młody już po chwili zaczął panikować, nakręcał się coraz bardziej. Tak bardzo chciał wyjść z tego boksu, że nic nie mogło go powstrzymać. Przestawiałam go, napierałam, szarpałam. Na początku nawet pomagało, ale potem nie był w stanie już się mnie słuchać. Nawet to, że stałam przed drzwiami i zagradzałam mu drogę machając rękami nic nie pomogło. Przestraszyłam się, że kiedy tak stoję przed tymi drzwiami, on może je wyważyć, przygnieść mnie nimi i po nas przebiec. Przeszłam czym prędzej na bok, gdzie już nie było takiego niebezpieczeństwa. Próbowałam utrzymać go na miejscu, przywiązać, ale nie wyszło. Stało się. Drzwi wypadły z zawiasów. I to tak nieszczęśliwie, że na jednym jeszcze się trzymały, więc leżały przechylone blokując wyjście. Siwy mocno się przestraszył, a jednocześnie wyczuł szansę ucieczki i coraz trudniej było go utrzymać. Całe szczęście zjawiła się pomoc. Mama Julii próbowała przytrzymać drzwi, ale to nie rozwiązywało problemu. Bahri był już na skraju kontroli nad sobą, zaczął skakać na ściany i jeszcze chwila, a zupełnie by mi się wymknął. Żeby jakoś go kontrolować musiałam wsadzić mu rękę do boksu (wtedy mogłam operować liną) ale okazało się to straszliwie niebezpieczne. Bowiem w pewnym momencie Siwy w szaleńczej próbie uwolnienia się stanął lekko na tylne nogi i przygniótł mi rękę do ściany. Poczułam tylko jak zwala się na mnie wielka masa ciepłych końskich mięśni. Całkiem miękkich. 
Nawet nie bolało.
Po chwili dotarło do mnie co się stało. Ściana boksu jest wykończona od góry metalem. Koń waży koło pół tony. Przecież mógł mi ją złamać! Przeraziłam się nie na żarty, bo nadal tkwiliśmy w tym boksie. Nikt nie zauważył co się naprawdę dzieje, jak to zwykle bywa.  I wtedy dopiero zaczęło boleć.
Próby utrzymania go w boksie nie miały sensu, ale udało się go otworzyć. Całe szczęście. Wyskoczył jak z procy, jakimś cudem nie tratując drzwi, ale kiedy wyszliśmy na zewnątrz zupełnie się uspokoił. Byłam pewna że zacznie biegać do klaczy, a tu nic z tych rzeczy! Trochę się pokręcił, ja go poszarpałam może trochę za mocno, ale z jedną ręką nie mogłam sobie pozwolić żeby się wymknął spod kontroli. Tymczasem on zaczął jeść trawę. A ja mroczki przed oczami, ręka boli coraz bardziej, boks się nie nadaje do użytku, a przecież może chwilowo spokojny, ale trzymam ogiera, a obok są dwie grzejące się klacze. Przetłumaczyłam sobie że nie mogę w takiej sytuacji zemdleć, a ręką może i boli ale mogę nią ruszać, więc złamana nie jest na pewno. I przeszło. Wezwałam Julkę na pomoc. Ustawiła drzwi jak należy, ale konia ode mnie nie wzięła. Sama go tam wprowadziłam i trzęsącymi się rękami założyłam najpierw kantar stajenny, przypięłam do liny, zdjęłam sznurkowy. Wyszłam, zamknęłam drzwi. Przeżyliśmy! Zdjęłam! Bardzo się cieszę że sama to zrobiłam. Przekonałam się, że jednak umiem. w międzyczasie do stajni weszła Pochodnia z Płotką. I wszystko się wyjaśniło. To nie była klaustrofobia czy jakieś straszliwe niewyżycie. Siwy wyjątkowo traktuje te dwie klacze. Dba o nie, chce mieć zawsze na oku, pilnować bezpieczeństwa. Ogiery w dzikim stadzie robią tak samo, trzymają się lekko z boku, chroniąc swoje stado, swoje klacze. Kiedy zamknęłam go w boksie nie widział co się dzieje, nie mógł czuwać nad swoimi dziewczynami, więc bardzo się niepokoił. A ja je wyganiałam z tej stajni! Ale nie miałam pojęcia, myślałam że skoro Pochodnia ma ruję to się będzie na nią rzucał, a jemu w ogóle nie to w głowie. Owszem, pogadał do niej trochę, ale przede wszystkim chciał jej zapewnić bezpieczeństwo. Tak naprawdę najbardziej zmienił się jego stosunek do innych samców. Bardzo chciał pokazać, że to on jest tutaj ogierem, klacze należą do niego i on zrobi wszystko, żeby inne konie się do nich nie zbliżały. Jednynie Czarfa traktował jako członka stada i nie uważał go za jakieś zagrożenie. W końcu staruszek, niegroźny. 
Nawet nie powiedziałam o tej ręce, stwierdziłam, że nic aż tak poważnego, nawet nosiłam potem siatki z sianem. I je wypełniałam. Potem mi się za to dostało. 
Bolało tak strasznie, że ledwo mogłam nią ruszać. W każdej pozycji, na całej długości. Siniaka mam tylko na ramieniu, ale ból rozszedł się od palców po kręgosłup. Myślałam nawet, żeby jednak to prześwietlić, czy coś tam się się ukruszyło, bo przede wszystkim bolały mnie właśnie kości.  Nie można było dotknąć, przez pierwszych parę dni robiło się coraz gorzej. Bałam się co to będzie dalej, ale dzięki Bogu przeszło. Po tygodniu jest już dużo lepiej, oczywiście muszę jeszcze bardzo uważać, ale jestem w stanie normalnie funkcjonować. Może oprócz treningu, co bardzo mi się nie podoba, bo jestem tak sfrustrowana że się wściekam na wszystko i wszystkich. Tak bardzo brakuje mi ruchu. Oczywiście co mogę to sobie ćwiczę, ale to wszystko za mało, za mało, za mało! Mam nadzieję że już niedługo będę mogła wrócić do porządnych treningów. I koni.

Co myślę o tym wszystkim? Czy obwiniam Julkę że mi dała takiego konia? Czy ludzi, który tam byli, ale nie pomogli? Może Siwego? Czy uważam że jest złym koniem? 
Nie. Nic z tych rzeczy. Nikt tutaj nie zawinił. Sobie też nie mogę wytknąć jakiegoś konkretnego błędu. Nie mam wyrzutów sumienia, nie uważam że zrobiłam głupio. Wtedy po prostu nie miałam takiej wiedzy, żeby zrobić co należy. Natomiast Siwy jest najnormalniejszym koniem w świecie. Po prostu zachowywał się jak koń. On nie chciał mi zrobić krzywdy, pewnie nawet nic nie zauważył. Po prostu wpadł w lekką panikę, a wtedy wyłącza się myślenie. Robił wszystko, żeby chronić co dla niego ważne, a to bardzo cenne zachowanie. Jest dobrym koniem. Po prostu są konie na różnych poziomach. Jego poziom jest dla mnie jeszcze trochę za wysoki. Z radością stwierdzam że nie dużo, ale jednak.
Jak ze wszystkiego, z tego zdarzenia czegoś się nauczyłam. I to coś nie jest wcale takie oczywiste. Nic związanego z wprowadzaniem konia do boksu.
Myślę że najważniejsze jest to, żeby wychodzić poza schematy, myśleć inaczej, nawet jeśli wydaje nam się że na 100% jest tak. Bo może właśnie jest inaczej. Musimy pamiętać że nawet wśród ludzi są osoby o totalnie odmiennym punkcie widzenia, a konie z natury myślą zupełnie inaczej niż my. Dlatego nawet jeśli siedzimy już długo w końskim środowisku, pracujemy, znamy się, często wychodzi nam rozumienie koni, musimy pamiętać że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. I nawet jeśli ktoś niezwykle mądry to powiedział, nawet jeśli napisał o tym tonę książek tym razem może być inaczej. Bo każda sytuacja jest inna. Jeden szczegół może ją diametralnie zmienić. A konie są bardzo wrażliwe.
Bądźmy otwarci. I w oczach i w sercu i w umyśle. Nie zamykajmy się w schematach. Włączmy myślenie, kreatywność, podchodźmy zawsze indywidualnie. 
Kierujmy się sercem, to najlepszy drogowskaz w drodze do koni. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Wycieczka

Dzisiaj zabrałam całe moje klasowe stadko do stajni. Realizuję projekt edukacyjny o jeździectwie naturalnym i chciałam pokazać znajomym, jak to wygląda w praktyce. O Parellim mogłabym nawijać godzinami, jednak mając na uwadze że klasa w zdecydowanej większości się końmi nie zajmuje, ograniczyłam się do samych podstaw- zademonstrowaliśmy 7 zabaw, ja w międzyczasie opowiedziałam co nieco o końskiej naturze, sposobie myślenia i postrzegania świata.
Siwy był tego dnia wyjątkowo grzeczny. Nie siedział już w boksie tylko latał z końmi po pastwisku, co mnie bardzo ucieszyło. Julka wyposażyła mnie w wielką garść suszonego chleba i ostrzeżenie że on to się tak łatwo nie da złapać, o niee. Że trzeba dać najpierw innym koniom, niech się zrobi zazdrosny to podejdzie i wtedy się może udać. Tymczasem ja idę, on na mnie patrzy z daleka, robi parę kroków w moją stronę po czym się tarza. Troszkę się obawiałam, że jak wstanie zacznie biegać konie często tak robią, ale nic takiego się nie stało. Podchodzę na spokojnie, głaszczę, łapię za kantar i przypinam linę. Zero problemów. Oczywiście chlebek się należał 😁 Przepakowaliśmy się w sznurkowy kantarek, bo Julka wyraźnie spodziewając się problemów poleciła mi i najpierw przypiąć uwiąz do kantara który miał na sobie, bo przy zakładaniu kantarka mógłby uciec. On jednak nie miał na to najmniejszej ochoty. Stał spokojnie, potem chętnie za mną poszedł. Klasa zebrała się u płotu, ze wszech stron rozlegały się "ooooo" , "wooow!" i "jaki ślicznyyy" 😁
Lekko spięta zaczęłam wprowadzać moją kochaną publiczność w świat jeździectwa naturalnego, objaśniając wszystkie szczegóły i po co i dlaczego. Przedstawiłam główne cele w Parellim, sprzęt, powiedziałam jak to 7 zabaw tworzy nam język, za pomocą którego możemy się potem z koniem komunikować. Potem zaczęliśmy z Siwym pokazywać w praktyce na czym zabawy polegają. Jestem z niego dumna, bo zrobił bardzo duże postępy jeżeli chodzi o Friendly ze stickiem- był w dokładnie tym miejscu w którym go ostatnio zostawiłam, a wtedy z początku bał się bardzo. Udało nam się dojść do naprawdę mocnego trzaskania savvy stringiem w ziemię przy dość rozluźnionym koniu, co uważam za duży sukces. Starałam się cały czas jak najlepiej objaśniać szczegóły naszej mowy ciała, tak by to co robiliśmy było zrozumiałe. Mam wrażenie że dobrze mi się to udało i bardzo się z tego cieszę. Poszczególne zabawy opisałam już na tym blogu, dlatego nie będę się teraz wdawać w szczegóły, jeśli jesteście ciekawi, zapraszam do czytania wcześniejszych wpisów 😃
W miarę jak posuwaliśmy się dalej w zabawach schodziło ze mnie ciśnienie i robiłam wszystko bardziej na luzie. Dawałam Siwemu czas żeby przemyślał, nie naciskałam za bardzo. Pięknie się na mnie skupiał, często reagował na pierwsze fazy, kłusował, nie przejmował się otoczeniem, nie szalał, w ogóle był bardzo grzeczny. Kiedy już przedstawiliśmy wszystkie zabawy, żeby pokazać jak można je potem wykorzystać i jak ważna jest kreatywność, przytargałam beczkę pod płot. Dookoła beczki można zrobić okrążanie, można przodem do beczki, można zadem, chody boczne nad beczką (to już wyższa szkoła jazdy więc nie próbowaliśmy, ale daję pomysł), skoczyć przez nią, zrobić przeciskanie między płotem a beczką, milion wariacji. Albo można zrobić jak my- dać beczkę człowiekowi, nie koniowi. Siadłam sobie na niej, przez co nie mogłam się poruszać i z tej pozycji poprosiłam Bahri Baya najpierw o yo-yo, a potem okrążanie. Ze zmianą kierunku i kłusem. No i słuchajcie! Wyszło świetnie! A robiliśmy to pierwszy raz 💪💪
Dostaliśmy wielkie brawa, wszyscy byłi pod dużym wrażeniem mojej wiedzy i metody w ogóle. Bardzo dumna i szczęśliwa z dzisiejszej współpracy z ogierasem wyprowadziłam go na chwilę na trawę, do klasy, żeby sobie mogła pogłaskać. Nadal był niezwykle spokojny- w ogóle nie ten koń!
Problemy zaczęły się kiedy chciałam go zostawić i pójść po Pochodnię żeby pokazać źrebaka. Niestety odkrył że w płocie nie ma prądu i że można sobie pod nim przejść. Myślałam że jak lepiej zamknę furtkę to już nie będzie uciekał, ale się przeliczyłam. Zwiał drugi raz. Tylko że zdążyłam mu już zdjąć kantar więc znowu było łapanie konia na wolności. Raz mi uciekł, ale potem już dał się złapać. A klasa miała atrakcję w postaci galopującego konika 😂 Niestety w tej sytuacji nie mogłam go zostawić na padoku, trzeba go było wsadzić do boksu. Nie przemyślałam jednej rzeczy- musieliśmy przejść obok boksu, w którym stał wałach z którym Siwy strasznie się nie lubi. Miałam nadzieję że przejdziemy, ale on oczywiście nie mógł. Zatrzymał się pod samym boksem i chwilę stał pozornie spokojnie. Tamten przytknął nos do jego grzbietu i intensywnie go wąchał. Ja jednak wiedziałam co się świeci- to była cisza przed burzą. Napięcie w powietrzu było namacalne.
Próbowałam z całej siły przeciągnąć go dalej, ale koń to jednak koń, nie ma co ukrywać, jest parę razy silniejszy. W każdej chwili to napięcie mogło wybuchnąć- z wielkim kwikiem, gryzieniem i kopaniem. Doskonale to czułam i bardzo, ale to bardzo chciałam żeby to tego nie doszło. Niestety nie udało się. Całe szczęście Siwy zareagował bardzo delikatnie, zarżał takim charakterystycznym ogierzym głosem i lekko podskoczył po czym wreszcie mnie posłuchał i ruszył się z miejsca. Zapakowałam go do boksu, gdzie ku mojej wielkiej radości zdecydował się stać spokojnie.
Jak gdyby nigdy nic wyszłam do klasy z uśmiechem i powiedziałam że zaraz przyprowadzę źrebaka. Malutka robi się coraz fajniejsza- dała do siebie podejść i pogłaskać, poniuchała 😃 Zastanawiałam się czy nie zarzucić jej liny na grzbiet i tak prowadzić, jednak z tego co wiem nikt z nią tego nie próbował, więc nie wiadomo co by z tego wyszło. Tak naprawdę bardziej się obawiałam reakcji matki, bo małe mogłoby nie daj Boże zacząć kwiczeć, a wtedy musiałaby pospieszyć z odsieczą. Nie chciałam mieć rozwścieczonej kobyły na  karku, więc poszłam złapać ją, nie dziecko. Tak jak myślałam Płotka podążyła za nami. Nie jest jeszcze na tyle śmiała żeby dać się wszystkim głaskać, ale i tak zachwytów było co niemiara 😁
Na koniec stado dało mały popis- Julka wypuściła Siwego z boksu i konie poszły w galop. Z wszelkimi odmianami bryków i dokazów.
Wycieczka wyszła znakomicie, udało mi się klasy nie zanudzić, większość wręcz przeciwnie, okazywała żywe zainteresowanie, dopytywali o różne szczegóły, umawiali się na wizyty w stajni, co bardzo mnie cieszy. Wróżyli mi już wielką karierę instruktora, pewnie nawet Parelli Professional 😹
Mam nadzieję, że dzięki temu jeśli ktoś z nich pójdzie kiedyś w stronę koni, będzie mu bliżej do naturalnego jeździectwa. Ten dzień uważam za nasz wielki sukces, tym większy że Bahri był tak spokojny i współpracujący. Oby więcej takich dni.
PS
Parę osób nagrywało filmiki, postaram się jak najszybciej je odnaleźć i tutaj wrzucić 😊

sobota, 10 czerwca 2017

Najkochańsze

Są zwierzaki z naszej stajni ❤❤❤ Siwy dzisiaj wyjątkowo mnie zaskoczył. Rozwija się niezwykle szybko cały czas, ale to było coś pięknego 💘
Zaczęło się mocno stresująco. Jechałam do stajni w towarzystwie buczącej ciemnej chmury, nie mając pojęcia jak się to skończy- czy przejdzie bokiem, czy trzeba będzie zaraz wracać, a może już nie zdążę wrócić... Stwierdziłam jednak, że nie ma co przepuszczać okazji do łapania nowych doświadczeń, trzeba korzystać z czego się ma. Zatem zasuwam na pełnej prędkości, wchodzę do stajni, witam Siwego, przygotowuję sprzęt i idę do boksu. Tymczasem on, widząc że po niego idę tak się podekscytował, że ledwo mógł w miejscu ustać. Założenie kantara okazało się zaskakująco trudne, zwłaszcza że musiałam przedtem ściągnąć drugi, a Bahri wcale nie chciał współpracować. Nie dość że siedział cały dzień sam w tej stajni i strasznie się nudził, to miałam wrażenie że boi się nadchodzącej burzy. Rzucał się po tym boksie, machał głową we wszystkie strony, wiercił, próbował po mnie przejść, raz nawet wyszedł mi z boksu, ale cały czas go trzymałam i udało mi się go wcofać do środka. Sytuację dodatkowo utrudniały moje nogi, które nagle przestały się słuchać i zaczęły dygotać jak opętane 😂 Nawet nie byłam tak bardzo przerażona, po prostu za dużo adrenaliny 😜 Całe szczęście dzięki radom Julki udało mi się zapanować i nad sobą i nad koniem. Postawiłam się wyraźnie w pozycji lidera, nie ma włażenia na mnie, nie można mnie odepchnąć i po prostu przejść, bo "o Jezu kobieto, dajże spokój, ja chcę wyjść!". Dostał parę razy za włażenie w moją strefę osobistą, ja znalazłam pewność siebie, która się chwilowo gdzieś zawieruszyła i już kontrolując konia i powoli także wlasne nogi wyszłam na padok.
Siwy od razu zaczął tańczyć, biegać w te i wewte, rżeć do koni obok. Łącząc to z przygodami z boksu myślałam sobie "ojj łatwo nie będzie". Zastanawiałam się nawet czy by sobie jednak nie odpuścić, bo burza zdawała się zbliżać, a ja byłam pewna że Bahri będzie się jej bał. Ale skoro już się wzięłam do roboty to nie można się przecież tak od razu poddawać!
Podchodziliśmy sobie, młody pobiegał, trochę wyładował energię, a ja, wykorzystując czego nauczyłam się wczoraj, od razu wzięłam się za wyraźne ustalanie swojej pozycji. Ja jestem alfą i alfa chce mieć uwagę konia na sobie, nie na innych koniach. Siwy w takich momentach potrzebuje silnych sygnałów, wyraźnego przekazania kto tu rządzi i przede wszystkim ciekawych zadań do zrobienia. Jeśli będą wystarczająco wciągające, zajmie się nimi i skupi na mnie, zapominając o tym co go rozpraszało. Wczoraj bałam się być tak bardzo stanowcza, jednak dzisiaj świetnie mi się to udało i szybko odzyskałam myślącego konia. Byłam z siebie taka dumna, bo zajęło to dosłownie chwilę, a w poprzednich dniach potrafiliśmy się tak ganiać jakieś 20 minut. Miałam plan żeby przećwiczyć wszystkie 7 zabaw w podstawowej wersji, bo na poniedziałek zaplanowałam wycieczkę klasową do stajni, żeby pokazać kolegom, na czym mniej więcej Parelli polega. Trochę jeszcze pospacerowaliśmy, żeby się dobrze na mnie skupił, po czym zabraliśmy się do roboty. Dużo czasu poświęciłam na Friendly game z savvy stringiem, bo nie było to przepracowane jak należy i młody jeszcze się boi sprzętu. A to sytuacja niedopuszczalna. Ten sprzęt jest przedłużeniem naszego ciała, narzędziem do przekazywania sygnałów, a nie zastraszania. Siwy doskonale wiedział, że jeśli string lata w powietrzu, to jest o coś proszony, a jeśli nie zareaguje właściwie to dostanie. Tutaj otrzymywał sprzeczne sygnały- moje ciało i energia mówiły że nic się nie dzieje, czas na relaks, natomiast latający string sugerował że trzeba działać i to JUŻ. Biedny Siwy był mocno zestresowany, bo wiedział że czegoś od niego chcę, ale kompletnie nie wiedział czego- nie działałam na żadną konkretną część jego ciała, moja energia rówież. Zaczęłam od bardzo delikatnego uderzania w ziemię, wiedziałam że nie mogę przesadzić- nie chciałam przekroczyć granicy i mieć przestraszonego konia biegającego w kółko. To by go oddaliło od właściwej odpowiedzi, a chodziło o to, żeby na nią wpadł. Bahri w ogóle boi się lin, tak było i tym razem. Machał głową to w te to wewte, nie wiedząc zupełnie co ma począć, ale szybko zaczął ją opuszczać, żeby przyjrzeć się lepiej co ja trzymam w ręku. Właśnie tak! Dobry koń! Dawałam mu wszystko na spokojnie obwąchać, przemyśleć, przeżuć i szybko zaczął łapać że to jednak nie chodzi o to żeby się ruszył. Nadal nie był tego pewny, ale ograniczał się do nerwowego machania głową.
Podszedł do mnie blisko i przez pewien czas próbował się za mną schować- kiedy carrot stick się oddalał przesuwał głowę w jego stronę, a kiedy z powrotem wracał, chował ją za mną i przytulał 💕 Był taki słodziaśnyyy! On z zasady lubi wchodzić na ludzi, ale tym razem naprawdę chciał się przytulić, potrzebował takiego wsparcia. Takiego go jeszcze nie widziałam i jestem przeszczęśliwa że tak się zmienia.
Zaczęłam uderzać ziemię coraz mocniej, w miarę jak się do tego przyzwyczajał. W bardzo krótkim czasie zrobiliśmy taki progress że hoho! Potrzeba jeszcze sporo pracy, bo chciałabym żeby w ogóle się nie bał sprzętu, ale jesteśmy na dobrej drodze i zasuwamy po niej wielkimi krokami 😁
Następnie sprawdziłam jak działają kolejne zabawy. Misiek był taki grzeczny! Reagował często już na pierwszą fazę, w pewnym momencie uwrażliwił się tak, że wystarczyło spojrzeć, a on już robił o co prosiłam. To było cudowne ❤❤
Wzięliśmy się znowu za cofanie do tunelu z opon, jak wczoraj. Z tą różnicą, że tym razem udało się za pierwszym razem! Siwy był tak wyczulony na pomoce, tak grzeczny. Zrozumiał już co nieco z wczorajszej zabawy i udało mu się wejść między te opony. A jak już tylne nogi tam były, to w ogóle nie było problemu. A stał z początku na zewnątrz, bez żadnych ograniczających czy wspomagających ścianek 💪 Dostał za do bardzo dużo miziania 😊 Yo-yo wyszło nam bardzo dobrze, był skupiony na mnie, nie uciekał. Poćwiczyliśmy też okrążanie, zwłaszcza zmiany kierunku, bo to jeszcze nie do końca mi wychodzi. Okazało się jednak, że szybko się uczę i już niewiele mi brakuje.
Największy problem Siwy ma z chodami bocznymi, nie rozumie w ogóle o co chodzi i na ogół wygląda to tak, że przód przestawia ładnie, ale za daleko i ląduje z zadem w   moim kierunku, a żeby ten zad przestawić to on się musi skręcić i na mnie skupić, a woli sobie skubać trawkę spod płotu 😂 Może bym zaczęła od zadu, a potem dopiero wyrównanać przodem... O, to jest myśl!
Z przeciskaniem w ogóle nie było problemu.
W pewnym momencie, kiedy Bahri akurat stał zupełnie spokojny i się do mnie przytulał, Julka zawołała konie do stajni. Nie było czasu na rozpaczanie po utraconej chwili. Wiedziałam co się zaraz stanie i musiałam reagować błyskawicznie. Musiałam zacząć działać, zanim Siwy zdąży się nakręcić, w przeciwnym wypadku zupełnie bym go straciła- zacząłby biegać we wszystkie strony, rżąc i próbując po mnie przebiec. Miałam taką sytuację wczoraj i dzięki temu już wiedziałam co robić. Zaczęłam postępować tak, jakby to już się stało, miałam jednak znaczną przewagę- zaczęłam przeciwdziałać zanim zdążyła się rozwinąć. Dzięki temu całość zajęła dużo mniej czasu. Co zatem należy zrobić, kiedy koń skupia się kompletnie na stadzie, lekko panikuje, biega, a na pewno nas nie słucha? Otóż, należy mu dosadnie przypomnieć w jakim stadzie jest w tej chwili i kto w tym stadzie jest szefem. Oczywiście my. Zdecydowana czwarta faza, dużo pewności siebie, wyższa energia. Trzeba konia czymś zająć, czymś ciekawym, co pozwoli mu wyrzucić z głowy inne konie. Trzeba uparcie egzekwować wykonywanie zadania, w przeciwnym wypadku koń uzna że można sobie nas olewać. Dzisiaj nie musiałam robić dużo, zanim do Siwego dotarło co się dzieje, ja już zajęłam go zabawą w prowadzenie w przeciwnym kierunku niż szło stado, dzięki czemu już po paru krokach miałam spokojnego konia. Co prawda po chwili skręciliśmy i cały spokój z niego   wyparował bo zobaczył inne konie, ale dobrze pilnowałam żeby pozostał na swojej pozycji i mnie nie wyprzedzał, ani na mnie nie właził. To było najważniejsze i doskonale się udało, a to że szedł mocno spięty, nabuzowany i rzucając głową gdzieś tam nade mną, to i tak o niebo lepiej niż jak biegał galopem dookoła i próbował mnie startować. Wszystko jest do wypracowania, trzeba mu tylko dać czas. A to było wczoraj! Uczy się błyskawicznie 🔝
Muszę się pochwalić że ja też. Dzięki Siwemu dostałam tak wspaniałą szansę rozwoju! Jest zupełnie innym koniem, niż te, z   którymi miałam wcześniej do czynienia. Wymaga ode mnie tonę więcej stanowczości, pewności siebie, odwagi, kreatywności, dzialania na wyższej energii, w większym tempie- tego wszystkiego czego mi brakowało. Tego wszystkiego się uczę i nabywam w zaskakująco szybko, w każdej sesji dostaję coś bardzo wartościowego. Dzięki temu już po paru spotkaniach jestem zupełnie innym człowiekiem, dużo lepiej radzę sobie z wyzwaniami, z końmi, z byciem przewodnikiem. Poza tym daje mi to tyle szczęścia i miłości, że hohoho! Mogłabym cały dzień nie wychodzić ze stajni. Zwłaszcza w taki dzień jak ten.
Na sam koniec poszliśmy z Siwym na trawkę, po czym wrocilismy do boksu. Miałam jeszcze w planach zabawy z Rudą. Poszłam do niej, przy pomocy Julki osiodłałam (skomplikowane to układanie żeli 😂) i razem z dzieciakiem (półtora miesięczną córką Pochodni) wyszliśmy na plac. Przez wsiadaniem zawsze trzeba się z koniem troszkę pobawić z ziemi- przynajmniej 7 minut, po  jednej na każdą zabawę. Dzięki temu możemy sprawdzić, w jakim nastroju dzisiaj jest nasz partner, jak odpowiada, ewentualnie przypomnieć mu coś co się przyda kiedy już wsiądziemy. Pod czujnym okiem Julki bawiłam się z Rudą i bardzo się cieszę że tak było. Julka jest świetną instruktorką, zwraca uwagę na wszystkie szczegóły, zależy jej żeby uczeń naprawdę zrozumiał, nawet jeśli nie od razu wyjdzie tak jak powinno, a nie żeby wykonywał tylko jakieś utarte schematy.
Pochodnia jest niesamowita. Nigdy nie spotkałam tak wrażliwego konia. Trzeba uważać na delikatność pierwszej fazy, bo nawet z tym łatwo przesadzić. Miałam taką sytuację, jako że byłam jeszcze nie przedstawiona po Siwym, kiedy prosiłam ją o zmianę kierunku od razu podniosłam sticka i energię i ruszyłam w jej kierunku. To ledwo wystarczało żeby młody się ruszył, a ona mi tu piruet w galopie! Ojej. Nie chciałam. 😂
Od tego momentu byłam ostrożniejsza. Cały czas była niezwykle grzeczna, zwłaszcza podziwiam jej chody boczne, bez ściany, zza zadu, do człowieka, wszystko! I naprawdę wystarczy pomyśleć a ona już robi. Jest cudowna.
Kiedy sobie wsiadłam nie było już tak łatwo. Nadal bardzo przyjemnie, ale dopiero kilka razy jeździłam według Parelliego i mam bardzo silne nawyki z klasycznego jeździectwa. W dodatku na niej też często jeżdżą klasycznie, więc sygnały z siodła nie są jeszcze dopracowane jak należy. W związku z tym nasza jazda wyglądała momentami śmiesznie, ale udało mi się nie wyjechać z placu i wykonywać zadania, które nam Julka powierzyła więc uważam to za duży sukces. Przede wszystkim to że byłam spokojna. Piąty raz odkąd przestałam się bać jeździć. Nadal pewnie jestem spięta, zwłaszcza dla konia, który jest super wrażliwy, ale to co się działo wcześniej! Hoho! Ja nie wiem jakim cudem nie spadałam 😂 Teraz naprawdę dobrze się czuję na końskim grzbiecie i chcę jeździć, jeździć, jeździć! ❤
Miałyśmy zadanie, żeby przejeżdżać przez kwadrat zrobiony z drągów, dojeżdżać do ściany, po czym skręcać w prawo, tak, żeby wrócić znowu do kwadratu i powtórzyć. W ten sposób powstaje koniczynka. Na poczatku ciężko mi było kierować, zwłaszcza że bardzo chcę trzymać wodze klasycznie- jak mi się zwróci uwagę to na chwilę zrobię co trzeba, ale potem coś się dzieje, trzeba reagować i już! Szlag trafił 😂 Duuuużo jeszcze pracy przede mną, ale bardzo się cieszę że mam taką możliwość. Pod koniec całkiem dobrze nam to wychodziło, porobiłyśmy jeszcze parę innych ćwiczeń, pokręciłyśmy się z dzieckiem 💕💕 Udało mi się nawet nagrać krótki filmik, który niestety w najciekawszym momencie się urywa bo zabrakło miejsca 😂 Ale jest!
Jako że zawsze się coś ciekawego musi wydarzyć, tak było i tym razem. Jesteśmy sobie właśnie na ścianie w trakcie koniczyni, przejeżdżamy któryś raz obok krzaków, wcześniej zupełnie na spokojnie, a tu nagle wielkie przerażenie, koń odskakuje, fruka, patrzy na te krzaki jakby potwora jaka tam siedziała i wierci się straszliwie. Julka akurat się musiała w tym momencie ewakuować z padoku, więc byłyśmy same z dzieckiem. Ja już ojej ojej, Ruda wyraźnie się czegos w tych krzakach boi. I nie wiem, czy tam jaki dzik siedzi czy wąż, bo to zupełnie możliwe i czy uciekać lepiej, czy może zsiąść, bo mam pełną świadomość że mój dosiad nie utrzymałby mnie przy żadnych nagłych skokach. Zupełnie serio to rozważałam, bezpieczeństwo przede wszystkim, ale Pochodnia w miarę się uspokoiła, pod warunkiem że nie kazałam jej za blisko podchodzić. Sama nie chciałam tego robić, bo skoro tak nagle pojawiło się coś co wywołało tak silną reakcję, to ja wolę zaufać koniowi, że ona wie co robi i naprawdę lepiej tam nie podchodzić. Ja się bałam że dzik wyleci, ale ona dziki uwielbia ganiać, więc chyba jednak coś innego. Całe szczęście nic nie wyskoczyło i udało nad się dokończyć jazdę bez problemów. Bardzo fajnie się z niej zsiadało 😁 Lubię zeskakiwać z koni 😜
Zapakowałyśmy się do stajni, pomogłam Julce w noszeniu siana i słomy i karmieniu koni ( wreszcie się nauczę odróżniać siano od słomy! Po pięciu latach 😂😂😂) 
Zostałam sama z końmi. Siwy był bardziej zainteresowany sianem niż mną, więc poszłam do boksu czochrać małą. Boże, jaka ona jest cudowna! Urosła strasznie ostatnio, taka wielka baba się z niej zrobiła 😂 Jest taka kochana! Dorosłe konie może i lubią jak się je głaszcze, ale kiedy jest jedzenie to wygląda bardziej "a rób se co chcesz człowieku, nawet to fajne, ale SIANOOO!". A mała nie. Ona bardzo się domaga uwagi, pieszczot, zabawy. Podchodzi i chce żeby pogłaskać, podrapać. Więc stałam tak sobie w tym boksie, głaszcząc jej niesamowicie miękkie futerko, zwłaszcza grzywa i ogon są zaskakująco delikatne i ciesząc się że już pozwala się dotykać. Jeszcze niedawno się bała, a teraz mogłam ją przytulić od góry i było nam obu baaaardzo przyjemnie. Takie cieplutkie, mięciusie małe stworzonko 💕💕💕
Śmieszna była bo swędział ją zadek i odkryła że może podrapać się o drzwi i tak się wyginała na wszystkie strony! 
Świetnie się czułam siedząc w tej stajni, taki spokój, cisza, wszystkie konie szczęśliwe i miłość unosząca się w powietrzu 💓 Wyszłam z tamtąd tak przepełniona szczęściem i miłością, że nie mogłam przestać się uśmiechać i chciałam przytulać wszystkie napotkane futrzaste stworzonka. Magia koni ❤❤❤

piątek, 9 czerwca 2017

Zmienne ogiera oblicze

Dzisiaj po mniej więcej dwutygodniowej przerwie odwiedziłam Bahri Baya. Uszkodził sobie w międzyczasie nóżkę i stoi w boksie, dlatego spodziewałam się że będzie pełen energii i ciężko będzie nad nim zapanować. Tymczasem ja przychodzę, zabieram go ze stajni, zajmujemy się z Julką kopytami, a tu zupełnie nie ten koń! Stoi spokojnie, ledwo głową czasem ruszy, niczym doświadczony, kilkunastoletni sportowy koń, który wie że po prostu niektóre zabiegi są konieczne i trzeba chwilę spokojnie postać, a nie trzyletni, niewyżyty ogier. Sama Julka była zdziwiona.
Niezwykle z tego zadowolona udałam się z nim na padok i zaczęliśmy się bawić. Dostałam instrukcje, że żadnych skoków, drążek jak już to jeden, ale lepiej nie, kłusa nie za dużo i tylko kontrolowany, ogółem delikatnie. Siwy zrobił się niespokojny kiedy zobaczył inne konie i ciężko mu było się na mnie skupić, zwłaszcza że usiłowałam zrobić mu jakieś ładne zdjęcia 😂 Kręcił się we wszystkie strony, mało na mnie zwracał uwagę, wytarzał się dwa razy, co było cudowne 💕💕 Chwilę się z nim pobawiłam i udało się nam połączyć. Odesłałam go na koło i mając do dyspozycji tylko jedną rękę, bo drugą to nagrywałam, poprosiłam go o kłus. Sama energia- koń idzie! A to przecież zupełnie świeży młodziak. Kocham tego konia! I to w dodatku nie jakimś szaleńczym kłusem jak zawsze, tylko tak spokojniutko, jak koń profesor, małe kroczki, na luzie... Wow!
Miałam plan, żeby przećwiczyć wszystkie zabawy, więc może nie po kolei, ale się za to wzięłam.   Trzeba będzie dopracować jeża na nosie, bo próbuje uciekać głową, zupełnie jak Amber, mój poprzedni koń. Wtedy jednak dzięki delikatności udało mi się go przekonać że to wcale nie musi boleć-jeśli się postara, zostanę tylko przy pierwszej fazie. Chody boczne w ogóle nie przypominają tego co powinny, bo zwykle ląduję z głową gdzieś tam daleko wzdłuż płotu, zadem przed nosem, a Siwy zamiast się skupić na mnie woli poskubać roślinki rosnące pod płotem. No cóż. Sporo pracy jeszcze przed nami, ale patrząc na to jak szybko młody się uczy, dużo czasu nie powinno nam to zająć. Standardowe przeciskanie nie sprawia w ogóle problemu, dlatego wymyśliłam że zrobię tunel z opon. Przechodzenie przez niego przodem okazało się łatwizną, więc podniosłam poprzeczkę. Tyłem. I to stojąc zupełnie na zewnątrz. Robiłam podobne rzeczy, ale zaczynając już w tunelu i wyprowadzając z niego konia, żeby mógł cofnąć się do środka. Dzięki temu było mu dużo łatwiej. Tym razem nie dość że młody koń, który jeszcze tego nie robił to zaczęliśmy przed tunelem. Była to świetna zabawa na rozwijanie naszej komunikacji. Potrzebowaliśmy precyzyjnej, dobrze działającej nawigacji i dużo zaufania, bo koń widzi wszystko wzdłuż boków, za zadem jednak nie. Dlatego w jego oczach wyglądało to tak, że z obu stron ma opony, a ja go proszę, żeby na nie wlazł. Dlatego cofał się bardzo ładnie, ale kiedy był już bardzo blisko, skręcał zad na bok i musiałam go znowu ustawić. Za pierwszym razem udało nam się wyjątkowo szybko, pochwaliłam go bardzo wylewnie, po czym stwierdziłam że to było za łatwe i wydłużyłam tunel, dodając do niego beczkę i parę opon. Ustawiłam go też w inną stronę, żeby było nam łatwiej. No i tu się zaczęły problemy. Miałam nadzieję że skoro wcześniej tam nam dobrze poszło to i tym razem nie będzie problemu. Niestety się przeliczyłam. Okazało się że to dużo trudniejsze zadanie i wchodzenie w beczkę jest naprawdę straszną perspektywą. Dodatkowo rozpraszały go mocno inne konie, jego stado i nowe wałachy, z którymi za nic się nie może dogadać.
Przez to machał nerwowo zadem to w prawo, to w lewo, nie rozumiejąc zupełnie co ja od niego chcę. Jak już mi się udało go ustawić prosciutko to po paru krokach zad  wyjeżdżał zupełnie na bok. Reagował na samo spojrzenie co było naprawdę świetnie. W Parellim nie chodzi o to, żeby wykonać dane zadanie, one są po to,żeby rozwijać naszą komunikację. Zawsze priorytetem jest relacja z koniem. Nawet jeśli nie wyjdzie nam to co chcieliśmy zrobić, liczy się to, żeby koń chciał z nami współpracować i coraz lepiej się przy nas czuł. U nas mimo że nie wychodziło to, co chciałam zrobić to Siwy był bardzo czuły na moje sygnały i od razu robił o co go poprosiłam, dlatego osiągnęliśmy sukces. Mimo to chciałam mu pomóc zrozumieć więc wprowadziłam go do tunelu przodem, tak by troszkę wyszedł i dopiero wtedy zaczęliśmy się cofać. Niestety w pewnym momencie Julka pojechała nad Świder. Konie zaczęły biegać po krzakach, rżeć, te które zostały zrobiły się niespokojne. Siwy mocno się zestresował widząc to całe zamieszanie. Zaczął biegać dzikim kłusem, to w prawo to w lewo, nie mógł się skupić na mnie w ogóle. Nie powiem że nie słuchał, bo na przykład ładnie odangażowywał zad, jednak po tym krótkim momencie znowu go traciłam, bo biegł już w drugą stronę. Duuużo było ganiania. Momentami robiło się niebezpieczenie, bo próbował po mnie przebiec kiedy zagradzałam mu drogę do stada. Próbowałam go skoncentrować na sobie wlasnie przestawiając mu zad i fajnie nam się to udawało ale nie był w stanie chwili ustać w miejscu. Prosiłam go zatem o okrążanie, żeby mógł się wybiegać, ale w taki sposób, jak ja chcę. Siwy robił pół koła w kłusie, po czym następował nagły zwrot i w drugą stronę! Ja nie miałam nic przeciwko temu żeby biegał- to jest koński sposób na rozładowywanie napięcia, jednak nie mogłam pozwolić żeby tak się kręcił. Wysłałam go na koło i tego koła pilnowałam. Za każdą próbę zmiany kierunku czwarta faza. Robiłam też prowadzenie z boku w kłusie. Próbowałam pilnować żeby mnie nie wyprzedzał, ale nie zawsze się to udawało i znowu zaczynał szaleńczo biegać po połówkach koła. Nawet w miarę się uspokoił na chwilę, ale wtedy stado poleciało do Julki. Wtedy dopiero się zaczęło szaleństwo. Konie nie pobiegły ot tak sobie o po prostu, tylko przeganiały się na wszystkie strony, biegały, gryzły, brykały, a potem wleciały w krzaki obok naszego padoku. Siwy po prostu szalał. Mało co mnie nie startował, próbował parę razy zastraszyć, zademonstrować jaki to on jest wielki koń. W ogóle przestał się słuchać, raz chciał mi wyrwać linę i mocno się szarpnął. Całe szczęście go utrzymałam, bo źle by się to mogło skończyć.
Bywały momenty że udawało mi się go skupić na sobie i zadaniu, z czego byłam bardzo szczęśliwa, ale niestety nie trwały długo. Poprosiłam go jeszcze o parę rzeczy, a potem stwierdziłam że to nie ma sensu- poczekałam na moment kiedy był spokojny i wyszliśmy z padoku. Poszliśmy jeszcze na trawkę, co tak średnio nam  wychodziło bo młody wolał się kręcić w kółko i wciągać mnie w krzaki zamiast jeść 😂 Nagle patrzę, wraca Julka. I całe stado. Bałam się że będzie ciężko, ale nie było aż tak źle. Siwy owszem, pobiegał trochę, ale panowałam nad nim. Wszystkie konie były mokre po kąpieli w rzece, mała Płotka też 😁💕 Udało nam się na spokojnie zapakować do boksu, co pisząc z perspektywy paru dni było nie lada sukcesem.

czwartek, 8 czerwca 2017

Mr. Grey

Od pewnego czasu często odwiedzam stajnię znajdującą się niedaleko mojego domu. Regularnie zaczęłam to robić dopiero niedawno, jednak moje losy już od wczesnego dzieciństwa związane były z tym miejscem. To tu spotkałam i wsiadłam na swojego pierwszego kucyka, co dobrze pamiętam mimo że miałam około czterech lat. Piękny dzień, piękny koń, piękne wspomnienia. Wiele lat później, zupełnie nie wiążąc początkowo tych wydarzeń, trafiłam na tą stajnię kolejny raz. Tym razem dlatego, że byłam już zainteresowana naturalnym jeździectwem. Od tamtej pory parokrotnie odwiedzałam Julkę i jej stado,  niestety zdarzało się to naprawdę rzadko. Aż do teraz, bo pod koniec kwietnia umówiłam się z właścicielką tak stajni, jak i większości koni na dzierżawę jednego z nich.
Bahri Bay, tudzież Siwy to trzyletni małopolski ogier. Zupełnie inny niż wszystkie konie, z ktorymj wcześniej miałam doczynienia. W moim odczuciu bardzo żywiołowy i energiczny. Pewny siebie, potrzebuje wyraźnego pokazania, kto jest alfą w naszym stadzie. Oczywiście zdarza mu się zachowywać jak dziki ogier, szaleństwa, popisówy przed koleżankami, bywa że się wkurza i próbuje zastraszyć, czy to skacząc przednimi nogami, czy kopiąc tylnymi. Czasem coś mu odbije i nagle wyrywa się z całej siły, co niestety już dwa razy skończyło się tym że wyrwał mi linę i uciekł, bo byłam zupełnie nieprzygotowana 😂
Ale tak naprawdę jest bardzo dobrym, grzecznym, miłym koniem. Spotkaliśmy się mniej niż 10 razy i udało mi się mniej wiecej przekazać mu, że to ja mam w tym stadzie być liderem. To nie takie proste i tak naprawdę trzeba o tym konia przekonywać cały czas. Nie dlatego że on by chciał być ważny, po prostu musi mieć pewność że można ci zaufać, że będziesz dobrym przewodnikiem. Bo jeśli on będzie lepszym, chcąc nie chcąc będzie musiał zająć tą pozycję, by zapewnić sobie przetrwanie. Tak właśnie myśli koń.
Ze spotkania na spotkanie dogadujemy się coraz lepiej. Próby przestawiania mnie czy straszenia już prawie się nie zdarzają, to było po prostu ustalanie pozycji w stadzie. Siwy musiał sprawdzić, kto z nas jest sliniejszy i sprytniejszy- ja na niego działam carrot stickiem, a on jeśli uzna że za bardzo się rządzę i za dużo wymagam, pokazuje że on też potrafi- ma kopytka i ząbki, duży z niego zwierz. Ale, sama jestem zaskoczona jak dobrze mi to idzie, udaje mi się utrzymać swoją pozycję, chociaż pierwszy raz mam do czynienia z tak energicznym i pewnym siebie koniem, w dodatku ogierem.
Bahri jest o tyle fajny, że owszem, pewnych rzeczy się boi mocno, ale na ogół nie tych między nogami. Nie do końca panuje jeszcze nad swoimi nogami, dlatego zdarza mu się zaplątać w drągi, jakieś krzaki, beczki czy nawet krzesła. Mimo że czasem ciężko się z tego oswobodzić, nie wpada w panikę, jakby to zrobiło dużo koni. Po prostu ze zdziwioną miną patrzy między swoje nogi "ooo a co to się stało?" troszkę pofruka, po czym odrobinę niezdarnie, ale na ogół zupełnie spokojnie wygrzebuje nóżki. Jedyną oznaką, że była to jednak stresująca sytuacja, jest głębokie westchnienie ulgi, kiedy już stanie swobodnie. I szybciutkie przeżucie. Myśli.
Jestem zaskoczona jak szybko Siwy się uczy. Jednego dnia przez pół godziny męczyliśmy dany element, żeby zrozumiał o co chodzi, wychodziło coś nie coś ale w dobrym kierunku. Przychodzę za tydzień, a on już doskonale to umie i tak naprawdę nie trzeba go za bardzo naprowadzać na rozwiązanie! Młode konie są cudowne. ❤
Jadę do niego jutro, już się nie mogę doczekać czego nauczyc mnie tym razem!

czwartek, 1 czerwca 2017

Squeezing Game

Ostatnia zabawa polega na przeciskaniu konia pomiędzy, nad, pod lub obok przedmiotów. Konie są z natury klaustrofobiczne- w naturze wszelkie ciasne miejsca są świetną pułapką dla drapieżników. Dlatego często mają duże problemy z zamkniętymi przestrzeniami, takimi jak boksy, przyczepy czy zaciśnięty wokół brzucha popręg. W naszych warunkach nie dość, że nie ratuje to koniom życia, to często je utrudnia, dlatego warto pokazać koniom, że ciasne przestrzenie to nic strasznego.
Na ogół zaczynamy od przeciskania konia między sobą, a płotem. Stajemy w odległości 3-4 metrów, twarzą do płotu, z koniem skierowanym przodem do nas po boku. Powinien się on znajdować na końcu liny. Tutaj zabawa bardzo przypomina okrążanie- wysyłamy konia na koło w dokładnie ten sam sposób. Pozwalamy mu przejść połowę koła, tak by przechodząc między nami a płotem znalazł się po naszej drugiej stronie. Wtedy przez odangażowanie zadu prosimy, żeby stanął do nas prosto i wylewnie chwalimy. Jeśli wszystko jest w porządku możemy nieco zbliżyć się do płotu, by zacieśnić przejście. Są jednak konie, dla których nawet odległość dobrych paru metrów będzie dużym wyzwaniem. Nie pospieszaj, nie denerwuj się. Koń się boi, nie robi tobie na złość. Jeżeli w ogóle nie będzie chciał wejść pomiędzy, odeslij go w drugą stronę, by znowu dzieliła go od przeszkody połowa koła. Poproś, by stanął w twoją stronę i ponownie wyślij w kierunku przejścia. Powtarzaj, do skutku, czyli dopóki koń nie zdecyduje się jednak przecisnąć. I bardzo, ale to bardzo wylewnie pochwal. A najlepiej od razu skończyć trening, jeśli było to dla konia aż tak wielkie wyzwanie. W ten sposób nauczy się że watro dla nas się wysilić, bo umiemy to potem docenić. Konie bardzo lubią mieć święty spokój.
Bardzo podobny schemat działania stosujemy przy innych wariantach przeciskania. Wybieramy sobie na przykład plandekę,   po której (albo pod którą) koń ma przejść. Beczkę przez którą ma skoczyć, tudzież inną przeszkodę. Budujemy tunel z opon przez który będziemy go przeprowadzać. Prosimy, żeby wszedł do przyczepy. Zawsze ten sam schemat, ta sama zabawa. Stajemy w odległości i wysyłamy. Nie robimy zadania za konia. To on ma myśleć, sam ma wpaść na rozwiązanie. Koń też ma swoje obowiązki, a jednym z nich jest właśnie wykonywanie zadań.
Im więcej przeciskania w najrozmaitszych wariantavh zrobimy, tym łatwiejsze będzie życie naszego konia, a zarazem i nasze, dlatego warto ;)

niedziela, 28 maja 2017

Sideways Game

W zabawie szóstej prosimy konia o ruch w bok. Nie tak troszeczkę, tylko zupełnie do boku.
Zaczynamy od przestawiania na przemian przodu i zadu konia, za pomocą jeża albo prowadzenia, czym będzie nam łatwiej. Nie będę się teraz wdawać w szczegóły, ponieważ te zabawy opisałam już dokładnie na tym blogu. Staramy się, żeby koń zrozumiał nasze intencje, a niedługo powinien zacząć łączyć ruch przednich i tylnych nóg. Noga, która właśnie robi krok, powinna się krzyżować z drugą z przodu, nie za nią. Z początku ustawiamy konia z nosem przed ścianą lub płotem, żeby nie mógł ruszyć się do przodu, co zrobiłby najchętniej, jak tylko by mógł.
Im lepsze będą się stawać nasze chody boczne, tym wyżej podnosimy poprzeczkę. Możemy się bawić we wszystkich chodach, z ziemi, z siodła, nie tylko od człowieka, ale i do (wyższa szkoła jazdy), nad czymś- drągiem, beczką, inną przeszkodą, z dużej odległości, na wolności, kreślić figury na padoku kierując koniem idącym bokiem, bawić się na górkach, w wodzie, możliwości jest mnóstwo. A jak powiedział sam Pat im lepiej koń chodzi w tył i w bok, tym lepiej robi wszystko inne.

poniedziałek, 15 maja 2017

Circling Game

Zabawa w okrążanie jest połączeniem przede wszystkim Driving i Yo-yo Game. Prosimy konia, aby nas okrążał w poleconym tempie, chodzie i kierunku. Zadaniem konia jest ich samodzielne utrzymanie.
Zaczynamy robiąc yo-yo, aż koń znajdzie się na końcu liny na wprost nas. Wybieramy kierunek, w którym chcemy żeby poszedł. Jeżeli w nasze prawo, wystawiamy prawą nogę w bok, prawą rękę z liną wyciągamy na całą długość w bok i do góry- pokazujemy kierunek. Nabieramy energii, aby koń poczuł czego od niego oczekujemy. W drugiej fazie podnosimy Carrot Sticka, którego trzymamy w lewej ręce. Sugerujemy koniowi, aby się ruszył, a jeśli to nie działa, kręcimy w jego kierunku savvy stringiem. Ostatnią fazą, jeśli koń się nie poruszy, jest mocne uderzenie go stringiem, tak naprawdę w dowolne miejsce, byle od łopatek w tył. Dlaczego tak jest wytłumaczę w jednym z kolejnych postów. W razie potrzeby fazy można powtórzyć. Trzeba pamiętać, że jeśli koń dopiero zaczyna się z nami bawić, należy go nagradzać za najmniejszy właściwy ruch, nawet samo przesunięcie ciężaru ciała. Jeżeli koń zrozumiał o co chodzi i ruszył, świetnie. Tutaj nasza rola chwilowo się kończy. Dajemy mu wykonywać zadanie. Rozluźniamy jedną nogę, pozbywamy się wszelkiego napięcia, opuszczamy głowę, relaksujemy ramiona. Carrot stick możemy oprzeć o brzuch. W miarę jak koń nas okrąża, przekładamy linę z ręki do ręki za plecami, nie odwracamy się. W ogóle nie robimy nic. Staramy się nie wywierać żadnego wpływu na konia. Jeśli zdarzy się, a najprawdopodobniej tak na początku będzie, że koń zatrzyma się, zmieni chód, kierunek, zacznie wydziwiać od razu odwracamy się w jego kierunku i powtarzamy elementy odesłania. Robimy je powoli jeśli koń po prostu nie rozumie o co go prosimy. Gdy jednak po prostu ma takie widzimisię, pokazujemy wyraźnie że owszem, dostaje dużo swobody, ale to my jesteśmy alfą. Nie zaczynamy od pierwszej fazy- on nie wykonuje swojego zadania, wiedząc o co go prosiliśmy, zatem dostaje od razu fazę czwartą. Uderzenie stringiem. To ma być nieprzyjemne, ma boleć. Tylko w ten sposób koń zrozumie i już wkrótce okaże się że nie musimy w ogóle używać fazy czwartej- koń nam wierzy że możemy to zrobić, więc nie potrzebuje kolejnego potwierdzenia.
Wykonujemy od dwóch do czterech okrążeń w jedną stronę. Tyle daje nam gwarancję że koń nas szanuje i rozumie zadanie, natomiast przy większej liczbie jego mózg się wyłącza i zaczyna bezmyślnie przebierać nogami. A tego nie chcemy. Jeżeli tą zabawę traktujemy jako sposób na wypracowanie kondycji czy wyrzucenie nadmiaru energii, musimy wymyślać wiele urozmaiceń, by koń się nie nudził.
Kiedy uznamy, że rozumie o co chodzi i już wystarczy, zatrzymujemy go. W tym celu wykonujemy odangażowanie tylnych nóg- chcemy żeby koń odsunął je od nas  tak, by stać do nas przodem. Robimy to podobnie jak przy przedstawianiu zadu w Driving Game. Czekamy aż koń wbiegnie przed nas i zaczynamy działać na jego zad. Pochylamy się, wbijając w niego ostry wzrok. Jeśli to nie działa, podnosimy Carrot sticka tak, jakbyśmy jego bokiem chcieli uderzyć konia. Po trzech sekundach uderzamy nim moco w ziemię, natomiast jeśli i to nie daje skutku, kręcimy savvy stringiem tak, by uderzyć konia w zad. Na to na pewno zareaguje. Jeśli zdarzy się że nie zrobi tego tak, jak byśmy chcieli- przyspieszy, zacznie kopać, brykać, próbować nas atakować, nic sobie z tego nie robimy, tylko zaczynamy od  początku. Chodzi o to żeby zrozumiał. Jeśli choć raz odpuścimy przy zachowaniu, którego nie chcemy, koń będzie je powtarzał, bo zapamięta że to dało dobry efekt. Konie szybko się uczą. Kiedy nasz partner stanie już przodem do nas wylewnie go chwalimy. Ważne jednak, żeby jeśli chcemy go pogłaskać, poprosić o to żeby do nas podszedł. Nie pozwalajmy mu robić tego zawsze kiedy ma ochotę, powinien pytać o pozwolenie. To nasza strefa osobista. Prywatna. Konie też ją mają i tak samo mają prawo do niej kogoś nie wpuścić.  Dzięki temu będziemy bezpieczni, bo koń sobie zakoduje że nie można na nas ot tak włazić, co się bardzo przydaje kiedy się czegoś przestraszy. Po drugie kiedy mu pozwolimy będzie się dużo bardziej z tego cieszył.
Kiedy koń jest na kole i zrozumie już podstawowe zasady tej zabawy, możemy ją urozmaicić, prosząc o zmianę chodu, prędkości, czy kierunku. Jeśli chcemy poprosić konia o przyspieszenie, przede wszystkim jak zawsze podnosimy energię. Ręką trzymającą linę pokazujemy kierunek, tak ja przy wysyłaniu na koło. Następnie zaczynamy uderzać stringiem z ziemię za koniem. Pierwsze uderzenie jest tak daleko jak to tylko możliwe. Trzymamy  ramiona maksymalnie otwarte i w takiej pozycji uderzamy. Następne uderzenie jest mniej więcej w połowie tego dystansu, trzecie tuż za koniem, czwarte prosto w zad. Ważne żeby cały czas pokazywać kierunek, żeby koń rozumiał o co chodzi.
Jeśli chcemy żeby zwolnił, fazy wyglądają podobnie, z tym że nie uderzamy w ziemię, tylko trzymamy wyciągniętego sticka przed końskim nosem. Najpierw w odległości połowy koła, potem coraz bliżej, az przed sam nos. Obniżamy energię, żeby koń zrozumiał o co chodzi. Jeżeli nie załapie od razu, co jest bardzo prawdopodobne, robimy wszystko, żeby naprowadzić go na właściwy trop. Możemy machać stickiem, stringiem, potrząsać liną, cokolwiek co pomoże mu zrozumieć. Chwalimy za najmniejsze próby i jako że konie są bystre, powinny szybko nauczyć się o co nam chodzi.
Nieco bardziej skomplikowana jest zmiana kierunku. Ale spokojnie, tylko troszeczkę 😉 Aby ją wykonać, dobrze jest najpierw ułożyć w głowie wszystko o czym musimy pamiętać. Przede wszystkim trzymanie sprzętu. Podczas zabawy trzymamy linę w ręce bliżej nosa konia, w tą stronę porusza się koń. Kiedy szykujemy się do zmiany kierunku, zamieniamy miejscami linę ze stickiem. Dajmy na to: koń porusza się w lewo, początkowo trzymamy linę w lewej dłoni, sticka w prawej. Kiedy już je zamienimy, czekamy aż koń znajdzie się bokiem przed nami. Wtedy przekładamy sticka pod liną, trzymając go nadal w lewej ręce i przestawiamy zad. Robimy przy tym kroczek do tyłu, dając mu na to miejsce. Kiedy koń skieruje się w naszą stronę, wyciągamy carrot stick spod liny i wysuwamy maksymalnie w lewo, tak, by przestawić głowę i szyję konia w prawo. Jednocześnie pokazujemy kierunek (prawo) i podchodzimy lekko w stronę konia, tak by go zepchnąć na właściwy tor.
Ważne jest żeby nie mylić tej zabawy z lonżowaniem, które wymaga od konia zaangażowania fizycznego, natomiast zupełnie wyłącza myślenie. My chcemy żeby myślał, rozwiązywał zadania, a nie bezmyślnie wykonywał polecenia. Dlatego pozwalamy mu popełniać błędy, rozwijać się. Jeśli nigdy nie damy koniom popełniać błędów, nigdy nie zrozumieją jak powinny postępować i dlaczego. Zatem nie latamy za koniem z batem, pilnując żeby tylko nie zmienił chodu. Dajemy mu zadanie i zostawiamy samego. Jeśli wykonuje je poprawnie- super, nie wtrącamy się. Natomiast jeśli nie, od razu nakierowujemy go na właściwe tory.

środa, 10 maja 2017

Yo-yo Game

Wiecie z pewnością, na czym polega zabawa yo-yo. Jeżeli odpowiednio się nią posługujemy, zabawka jeździ góra-dół, góra-dół. Podobnie wygląda zabawa z koniem. Prosimy go o ruch w tył i przód, dbając przede wszystkim o zachowanie linii prostej. Drugą istotną sprawą, na którą musimy zwrócić uwagę, jest to, aby przyciąganie i odpychanie było rozwinięte w takim samym stopniu- yo było równe yo. Nie Yo-yo. Oznacza to, że koń powinien równie chętnie i łatwo cofać się od nas, jak i do nas podchodzić.
W yo-yo bawimy się we wszystkich chodach, na linach różnych długości, na wolności, na nierównym podłożu, pagórkach, w wodzie, pomiędzy przedmiotami, w ciasnych przejściach, nad czymś, na folii, w przyczepie- słowem wszędzie, gdzie jest to   bezpieczne. Dajmy się ponieść wyobraźni. Im więcej bawimy się w tą grę, tym lepiej. Dzięki temu rozwijamy konia i naszą relację, a jak mawia Pat "im lepiej koń chodzi w tył i w bok, tym lepiej robi wszystko inne".
Podstawowa wersja gry wygląda tak:
Stajemy przed koniem, lub jeszcze lepiej prosimy żeby to on tam stanął.  Jeżeli znajduje się jeszcze w zasięgu naszej ręki, robimy Jeża na nos, aby go wycofać. Potem przechodzimy do sygnałów typowych dla yo-yo. Wyciągamy ramię trzymające linę przed siebie, wysuwając palec wskazujący i celując nim prosto w konia. Wbijamy "wzrok teściowej" w końskie oczy i nabieramy tyle energii, żeby koń odczuł, że chcemy go przesunąć. Możemy sobie wyobrazić że ta energia wpuszcza konia w galop. Wtedy jest duża szansa że koń ją poczuje. Oczywiście na wyższych poziomach będzie jej potrzeba znacznie mniej, bo koń wyczuli się na nasze sygnały.
Jeżeli sam wzrok nie działa, zaczynamy poruszać palcem wskazującym, trzymając go nad liną. Nie pod. Nie trzęsiemy liną. Poruszający się palec wystarczy. Dopiero w następnej fazie zamykamy dłoń na linie i poruszamy nadgarstkiem na boki. W następnej fazie nadgarstek zostawiamy w spokoju, natomiast szeroko wymachujemy ręką od łokcia w dół. W ostatniej fazie używamy całego ramienia, poruszając nim energicznie w płaszczyźnie poziomej. Kontynuujemy dopóki koń się nie cofnie chociaż odrobinkę. Lina będzie go uderzać w głowę i szyję, co powinno dość szybko skłonić go do właściwej reakcji. Nie przejmujmy się zbytnio, że konia to boli- kopnięcie od innego kopytnego bolałoby dużo bardziej.
Zazwyczaj fale robi się w poziomie jednak czasem, zwłaszcza kiedy używamy kiepskiej liny może okazać się że fale w pionie będą działać dużo lepiej. Trzeba przetestować co nam bardziej odpowiada i jest czytelne dla konia. Oczywiście kiedy koń nam się ładnie wycofa chwalimy go wylewnie przede wszystkim zdjęciem presji, głosem i jeśli jest w zasięgu głaszcząc stickiem.
Jeśli odesłaliśmy już konia na koniec liny, trzeba go teraz do siebie przywołać. Drugie yo.
Odchylamy się do tyłu, uśmiechamy i staramy się przekazać partnerowi "chodź do mnie kochany koniku, ja tak bardzo chcę cię pogłaskać!". Ważne żeby koń odczuł to tak że od razu będzie chciał do nas podbiec. Jeśli jedak to nie wystarczy, zaczynamy głaskać linę w swoim kierunku powolnymi, długimi ruchami, otwartymi dłońmi. Powoli zbieramy linę, tak by leciutko się napięła. Po trzech sekundach takich głasków zamykamy delikatnie jeden palec, jednak tak, żeby lina swobodnie się prześlizgiwała. Następnie dodajemy kolejne palce, aż przymkniemy całą dłoń. Gładzimy coraz mocniej, pociągając konia do siebie, dopóki nie zrobi choć kroku w naszym kierunku. Wtedy odpuszczamy. 

wtorek, 2 maja 2017

Driving Game

Trzecia zabawa- w Prowadzenie, jest podobna do drugiej- także polega na przedstawianiu konia. Jednak tym razem jedynie za pomocą sugestii, a nie dotyku. W Jeżu używamy stałej presji, tutaj rytmicznej- wszelakiego pukania w powietrze, którego forma jest zależna od tego, co chcemy zrobić.
Ta zabawa jest najczęściej używana przez konie w stadzie- niemal każde przestawienie się na niej opiera, a konie przestawiają się prawie cały czas. Służy to ustalaniu hierarchii stada. Korzystanie akurat z tej zabawy jest bardzo wygodne, ponieważ zwykle unika kontaktu fizycznego (małe prawdopodobieństwo uszkodzenia), po drugie nie wymaga poruszania się od konia przestawiającego (u koni kto się więcej rusza, ten jest niżej w hierarchii), a po trzecie im większy zasięg oddziaływania ma dany koń, za pomocą tylko spojrzenia czy skulenia uszu, tym jego pozycja staje się silniejsza. Dokładnie to samo dotyczy relacji końsko-ludzkich, o czym warto pamiętać.
Tak jak poprzednio uzywamy czterech faz stanowczości. Pierwsza z nich to "wzrok teściowej"- wpatrywanie się prosto w oczy lub część ciała którą chcemy przestawić, z energią "jak się zaraz nie ruszysz to oberwiesz". Staramy się być jak najbardziej wściekłą teściową, oczywiście nie wściekając się naprawdę, aby koń załapał o co chodzi. Zadziwiająco szybko w akurat tej zabawie większości koni spokojnie wystarcza pierwsza faza. Wynika to z tego, że jak już pisałam, to tej zabawy konie używają najwięcej. W fazie drugiej podnosimy sprzęt którego używamy, najczęściej Carrot Stick, chociaż można bawić się także z liną czy po prostu ręką. Wystawiamy go w kierunku przestawianej części konia, bokiem, tak żeby koń odczuł presję. Pamiętamy cały czas o utrzymaniu energii na właściwym poziomie. Trzecia faza może być pukaniem w powietrze przed koniem, lub jeśli przedstawiamy zad, jednorazowym uderzeniem w ziemię. Akurat tutaj różne są sposoby na trzecią fazę, kiedyś uczyłam się że kręcimy w kierunku zadu Carrot Stickiem tak żeby uderzyć stringiem o ziemię, ale moja nowa instruktorka uświadomiła mi, że taki sam sygnał służy w innej zabawie do przyspieszania, co jest zupełnie bez sensu. Dlatego teraz używam puknięcia w ziemię, tak jak koń zrobiłby to tylną nogą i jestem bardzo za tę zmianę wdzięczna (dzięki Ci Julka!)
Pukać o ziemię możemy także kiedy cofamy konia metodą "na ślepca" stojąc przed nim. Z początku próbujemy czy nie zadziała sama energia, potem unosimy sticka i zaczynamy poruszać nim w linii ziemia przed nami- klatka piersiowa konia. Uderzamy ziemię na początku delikatnie, potem coraz mocniej, zwiększając jednocześnie zakres ruchu, aż dojdziemy do uderzania konia w pierś. Kontynuujemy dopóki zwierzak się nie cofnie. A wtedy odpuszczamy. I chwalimy. Faza czwarta jest uderzeniem konia w kazdym wariancie, najczęściej savvy stringiem lub carrot stickiem. Naprawdę nie należy bać się czwartej fazy- trzeba być na tyle stanowczym, żeby koń nas szanował. Dzięki temu już wkrótce  nie będziemy musieli jej używać w ogóle ;)
Prowadzenie konia z boku jest nieco inną formą tej samej zabawy. Prowadzić można stojąc w dowolnym miejscu- przed, obok, czy za koniem, jednak najczęściej używa się stania przy łopatkach zwierzaka. Jest to pozycja, w której ani ty, ani koń nie jesteście z przodu, dlatego pozwala rozwijać partnerską relację.  W kazdej zabawie najważniejsza jest energia, dążymy do tego, żeby oddziaływanie za jej pomocą było zupełnie wystarczające do porozumienia się z koniem. Jednak na początku trzeba kopytnym dokładnie przekazać o co nam chodzi. W tym celu używamy odpowiednich sygnałów. Jeżeli stojąc z boku chcemy żeby koń poszedł do przodu, działamy na jego grzbiet za kłębem, pukając coraz mocniej w powietrze, a w końcu uderzając. Jeśli natomiast chcemy żeby koń się zatrzymał lub zwolnił, działamy przed jego łopatkami, najczęściej potrząsając liną. Oczywiście uprzednio musimy sprawdzić czy samo obniżenie energii i odchylenie ciała do tyłu nie wystarczy, bo jeśli koń jest wyczulony na naszą mowę ciała i uważnie słucha co do niego mówimy, może okazać się że nic więcej nie trzeba robić.
Przestawianie każdej części ciała wygląda nieco inaczej, dlatego jeśli nie macie możliwość korzystania z lekcji u dobrego instruktora, piszcie, ja chętnie opiszę wszystko dokładniej, czy pokażę na filmikach. Krótki filmik demonstracyjny zaraz się tu pojawi, muszę tylko dojść do porozumienia z komputerem :p
Miłego dnia wszystkim! Cieszcie się życiem, mamy maj, jest pięknie! 😁😁😁

czwartek, 6 kwietnia 2017

Lekcja z Lindą- sukces w galopie

Należę od pewnego czasu do Parelli Savvy Club, gdzie można znaleźć wiele ciekawych artykułów i filmów instruktarzowych. Właśnie natrafiłam na bardzo ciekawą lekcję z Lindą Parelli. Mówi ona co można zrobić, żeby nasz galop był bardziej zbalansowany i w harmonii z koniem. Uważam że to bardzo cenne rady, dlatego postanowiłam ten artykuł przetłumaczyć.
 Vallen i Cody chcą poprawić swoją równowagę i zręczność w galopie pod siodłem. Podczas tej lekcji z Lindą, Linda nastawia Vallen na sukces w galopie poprzez zwrócenie uwagi na poprawną długość strzemion, postawę, spokojne ręce i przede wszystkim psychologiczne aspekty leżące u podstaw galopowania.
Strzemiona 
Zacznij od sprawdzenia, czy twoje strzemiona mają odpowiednią długość. Pierwszą rzeczą, którą tracisz zanim spadniesz z konia jest twoja równowaga, a strzemiona odpowiedniej długości pomogą ci ją utrzymać, a co za tym idzie pozostać na grzbiecie. In bardziej stabilna jest dolna część twoich nóg, tym więcej stabilności będzie się mogło pojawić w górnej części twojego ciała. Ta stabilność pochodzi od poczucia, że mógłbyś stanąć w strzemionach, zupełnie jakbyś stał na ziemi. To jest pozycja mocy twoich łydek i stóp. Jeśli masz poczucie, że musisz wyciągać nogi, by dosięgnąć strzemion, są one za długie. Palce są skierowane w dół, a kolano wyprostowane. Poproś znajomego, żeby pomógł ci sprawdzić, czy twoja cała stopa jest w jednej linii z kostką.
Punkt równowagi 
Następnie upewnij się, że wiesz, gdzie jest twój punkt równowagi. Kiedy się w nim znajdujesz, możesz dotknąć zadu i kłębu konia w tym samym czasie. Jeśli pozostajesz w punkcie równowagi, jazda jest wygodniejsza dla twojego konia, ponieważ twój ciężar jest wyśrodkowany i nie wbijasz mu kości kulszowych w grzbiet. Dla jeźdźca ważne jest utrzymywanie równowagi, ponieważ utrzymuje to go w bezpiecznej, zbalansowanej i pewnej pozycji, która pozwala pozostać w harmonii z koniem.
Zmiany chodu
Jeśli twój koń ma problemy z zagalopowaniem, sprawdź najpierw jak się mają przejścia stęp-kłus. Jeśli twój koń nie odpowiada jak powinien pomiędzy stępem, a kłusem, najprawdopodobniej będzie mu jeszcze trudniej w przejściach z kłusa do galopu. Kiedy prosisz konia o ruch do przodu, wyślij go przed siebie, jakbyś stał na huśtawce.  Jeżeli nie pójdzie od twojej nogi, użyj savvy stringa, carrot sticka albo innej liny, którą masz przy sobie, żeby popukać go po łopatce. Nie pozwalaj mu ignorować cię przez zbyt wiele kroków, poproś swoim dosiadem, łydką, a potem uderz. Koń musi się nauczyć odpowiadać i być połączony z twoją energią. Pomyśl o twoim koniu jak to twoim samochodzie, nie jeździłbyś nim zbyt długo, jeśli przyspieszanie, zwalnianie czy skręcanie trwałoby strasznie długo. Kiedy prosisz konia o przejście z kłusa do stępa, unieś się i nie pospieszaj, żeby nie zmusić go do zwolnienia przez ciągnięcie za wodze.
Kropki
Wyobraź sobie, że masz kropkę na kości łonowej, pępku i mostku. Przyciągnij je do siebie, angażując mięśnie tułowia. To utrzyma cię w wyśrodkowanej, pełnej mocy i bardziej zrównoważonej pozycji w siodle. Pamiętaj, by utrzymywać swoje kropki razem, niezależnie od tego co robisz na swoim koniu, a zwłaszcza przy przejściach, kiedy możesz zostać wyrzucony do przodu, albo zostać z tyłu, jeśli dopiero uczycie się jeździć w harmonii ze swoim koniem.
Poproś o galop
Kiedy jesteś bezpieczny w swojej pozycji w siodle, a twoje przejścia stęp-kłus mają się dobrze (czyli koń jest spokojny, połączony z tobą i odpowiadający), nadchodzi czas, żeby poprosić go o galop. Pamiętaj, by utrzymywać szyję twojego konia prostą, ponieważ im bardziej jest zgięta, tym trudniej będzie mu zagalopować. Twoje ręce powinny pozostawać spokojne, by nie ingerować w jego myślenie i nie umniejszać jego obowiązków.
 Następnie, poproś konia, żeby kłusował szybciej i szybciej, dopóki sam naturalnie nie skłoni się do zagalopowania. Jeśli chcesz dać mu wskazówkę, delikatnie przenieś swój środek ciężkości do tyłu i na zewnętrzne biodro. Obciążając zewnętrzne strzemię, wpłyniesz na łopatki i równowagę konia, a w związku z tym pozwolisz mu łatwiej unieść się w galopie.
Jeśli jesteś niestabilny podczas przejść, przytrzymaj się grzywy ręką, która trzyma wodzę. Możesz też usiąść na kciuku podczas galopu (utrzymuj kontakt ze swoim siedzeniem i kciukiem), żeby ustabilizować twoją równowagę.
Porada Lindy 
Pamiętaj, lepiej jest robić mniej kroków w galopie, jako że przejścia są tym, co poprawia galop. Pracuj nad sobą na lonżowniku albo na małej przestrzeni, żebyś nie musiał przejmować się sterowaniem i kontrolowaniem konia.
 ~ "Lessons with Linda- Cantering Issues", Parelli Savvy Club library

środa, 22 marca 2017

Jak nagradzać konie?

Po przeczytaniu artykułu "What Horses Value"  mam wiele przemyśleń, na temat tego, jak powinniśmy zachowywać się przy koniach. Przede wszystkim jak je nagradzać.
Ludzie z natury cenią inne rzeczy niż konie. To zupełnie normalne, ponieważ jesteśmy odmiennymi gatunkami, jednak dobrze o tym wiedzieć, by chwalić konia, tak żeby naprawdę czuł się doceniony.
Często nawet nie zastanawiając się nad tym, co myśli koń, nagradzamy go w nasz, ludzki sposób. Klepiemy, przytulamy, wieszamy mu na szyi rozety i kwiaty. Mimo że sami czujemy wtedy, że doceniliśmy dobrą robotę naszego konia, w jego oczach wcale to tak nie wygląda. W najlepszym wypadku nie ma to dla niego znaczenia, w najgorszym może nieźle zestresować i wpędzić w klaustrofobię.
A więc, co cenią konie?
  1. Bezpieczeństwo
  2. Komfort
  3. Zabawa
  4. Jedzenie
Koń przede wszystkim musi czuć się bezpiecznie, zanim będzie w stanie zająć się czymkolwiek innym. Jeśli wyczuwa niebezpieczeństwo, będzie całkowicie zorientowany na przetrwanie.
Konie są zwierzętami uciekającymi i bezpieczeństwo jest dla nich najważniejsze. W naturalnym środowisku muszą być bez przerwy gotowe na błyskawiczną ucieczkę. Dlatego także udomowione boją się wielu rzeczy, tak, że często nawet nie wiemy co konia wystraszyło. Ważne jednak, żeby wiedzieć, że w takich momentach chce on z całej siły zapewnić sobie przetrwanie.
Dobry przywódca sprawia, że koń czuje się bezpiecznie. Konie nie są samotnikami, to zwierzęta stadne, a pierwsze poczucie bezpieczeństwa w ich życiu pochodzi od matki. Pomyślcie o tym, jak zachowuje się matka ze swoim źrebakiem- prowadzi go po okolicy, pozwalając poznać środowisko i demonstrując co jest w porządku, a co nie, czego należy się bać itd. Źrebak ufa matce, a jego opinie są oparte na jej zdaniu. Ona uczy go wszystkiego na podstawie swoich doświadczeń.
Przywódca to ten, który ma plan, a jeśli nie jesteś przywódcą swojego konia, on będzie musiał objąć tę rolę- stado nie może istnieć bez przywódcy. A jeśli nie będzie w stanie tego zrobić, będzie szukał bezpieczeństwa w innych koniach i bardzo trudno będzie go od nich oddzielić.

Kiedy koń czuje się bezpiecznie, jest bardzo wyczulony na swoje środowisko i interakcje z innymi końmi czy ludźmi. Możemy z tego korzystać, żeby motywować konia do odpowiadania na nasze prośby, ucząc go ustępowania od presji i poszukiwania komfortu, kiedy odpuszczamy.
Mimo że konie z natury przeciwstawiają się naciskowi, dzięki skłonności do szukania komfortu, nauczenie ich ustępowania nie jest trudne. Motywujemy konie do poszukiwania komfortu, a dzięki ich wrażliwości czerpiemy wiele korzyści. Za pomocą presji możemy sprawić, żeby podążały na nami, skakały, ruszały z miejsca, zatrzymywały się, odpowiadały na dosiad czy łydki i wiele innych. Konie poszukują komfortu, dlatego jest dla nich najlepszą nagrodą podczas treningu.

Konie bawią się z dwóch powodów: kiedy się cieszą, oraz kiedy chcą ustalić swoją pozycję w stadzie. Bardzo lubią się bawić i robią to na wiele sposobów. Pat Parelli obserwując dzikie stada zidentyfikował siedem typów zabaw, w które się bawią. Jedna ma na celu okazanie przyjaźni, pozostałe dominacji, poprzez przestawianie innych za pomocą różnych sygnałów- od gryzienia, kopania, atakowania i grożenia do skierowania uszu do tyłu czy samego spojrzenia, bądź przechylenia głowy! Mogą w ten sposób poruszać inne konie do tyłu, do przodu, po kole, w bok czy przeciskać je przez ciasne miejsca. Na tym właśnie polegają zabawy, które na tym blogu opisuję i dlatego zupełnie naturalnie przychodzi koniom rozumienie zabaw z udziałem ludzi. 

Jedzenie znalazło się na końcu tej listy nie dlatego, że nie ma koni, które motywuje bardziej niż zabawa. Ważne, żeby wiedzieć, że jeśli twój koń jest skoncentrowany na jedzeniu albo zabawie, bez żadnych wątpliwości czuje się bezpiecznie i komfortowo.

czwartek, 9 marca 2017

Porcupine Game

Porcupine Game to druga w kolejności z 7 zabaw. Polega na przestawianiu konia za pomocą stałego nacisku fizycznego. 
Konie z natury wyposażone są w odruch przeciwstawiania, który jest ich strategią przetrwania. Jeśli zdarzyło się, że drapieżnik złapał uciekającego konia, uskoczenie w przeciwną stronę skończyłoby się najprawdopodobniej wyrwaniem dużej części ciała ofiary, ponieważ szczęki pozostają zaciśnięte. Dlatego też koń zamiast uciekać, naciera na przeciwnika, próbując wytrącić go z równowagi i zmusić do otworzenia pyska. Strategia ta jest bardzo skuteczna, dlatego zapisała się niezwykle silnie w końskim umyśle. 
Niestety w dzisiejszym świecie to, co było niezbędne do przetrwania, staje się przeszkadzające, a nawet niebezpieczne. Wystarczy sobie wyobrazić że przywiązany koń się czegoś przestraszy. Będzie chciał uciec, lub co najmniej odbiec parę kroków,  poruszyć się, aby zobaczyć co się dzieje. Tymczasem trzymająca go lina na to nie pozwala i ciągnie konia coraz bardziej. Jego przerażenie rośnie, a spanikowany koń reaguje instynktownie, czyli napiera jeszcze bardziej. To rodzi bardzo niebezpieczne sytuacje, w których koń może poważnie uszkodzić siebie i innych w otoczeniu. Podobnie, jeśli zdarzy się że koń w nerwach przygniecie nas do ściany, naszą formą obrony będzie odpychanie zwierzęcia z całej siły. Jednak zgodnie z naturą koń na nacisk odpowiada coraz silniejszym napieraniem.
Całe szczęście takim sytuacjom można zapobiec. Wystarczy porządnie i bardzo często bawić się z koniem w Porcupine Game.
Zabawa ta ma proste zasady- stały nacisk, częścią naszego ciała, bądź przedmiotem, podzielony na cztery fazy trwające standardowo 3s, każda jest mocniejsza od poprzedniej. Zachowujemy się jak słupek w płocie- naciskamy nieugięcie, aż do prawidłowej odpowiedzi konia, ale tak samo jak płot- jeśli koń się odsunie, my pozostajemy na miejscu. Dzięki temu zwierzak dostaje natychmiastowe potwierdzenia słuszności swojego działania i nagrodę.
Zaczynamy, dając znać koniowi że o coś będziemy go prosić, głaszcząc miejsce, w którym będziemy działać. Skupiamy całą naszą energię w tym punkcie, wyobrażając sobie, że wystarczy wbić w nie wzrok, a koń się usunie (to naprawdę działa!). Rozkładamy palce i bardzo delikatnie przykładamy do konia, tak, by lekko dotykać jego sierści. Przytrzymujemy 3 sekundy, (na początku, kiedy koń dopiero zaczyna się w to bawić z ludźmi, można ten czas nieco wydłużyć) bacznie obserwując czy zaczyna on myśleć o właściwej reakcji. Jeśli tylko zacznie przesuwać ciężar ciała we właściwą stronę, albo wręcz dopiero o tym myśleć, natychmiast zwalniamy nacisk i głaszczemy, chwalimy na wszelakie sposoby, po czym dajemy tyle czasu, ile potrzebuje, aby wszystko sobie dobrze poukładać. Kiedy koń myśli, intensywnie mruga i szybciej oddycha, natomiast po wyciągnięciu wniosków przeżuwa. Jeśli przeżuje, możemy bawić się dalej. 
Najprawdopodobniej jednak nasz partner nic sobie nie zrobi z delikatnego dotknięcia. W takiej sytuacji trzymając palce w tej samej pozycji, zwiększamy nacisk, tym razem tak, by dotknąć skóry. Po trzech sekundach sięgamy do mięśni, po kolejnych trzech do kości. Nazwy te są umowne i służą lepszemy uzmysłowieniu sobie jaka to ma być siła. Inne nazwy to: mucha, komar, kos, orzeł. Czwarta faza musi być taka, żeby koń zareagował. Nie ma innej opcji. Przy wyjątkowo topornych osobnikach polecane jest nawet użycie ostrego przedmiotu (oczywiście nie takiego, który zrani konia, dobry będzie kamień z ostrymi krawędziami) którego należy użyć, jeśli wkładamy już całą naszą siłę w fazę czwartą, a koń nic sobie z tego nie robi. Faza czwarta ma boleć. Tak jak boli kopnięcie innego konia. To tylko chwila, a szybko nauczy się jej unikać, reagując szybciej. Kluczem jest tu absolutnie zawsze stosowanie ich po kolei, każdą przez odpowiedni czas. Nie wolno nagle wskoczyć na fazę drugą czy trzecią bez ostrzeżenia. To nie fair.
Używając Porcupine Game można przestawiać konia na wszelkie możliwe sposoby. Jego przód, tył, głowę, szyję, nos, nogi, do przodu, do tyłu, na boki, w górę, w dół, położyć go, działać na każdą część ciała we wszystkich kierunkach. Podczas jazdy również używamy tej zabawy, poruszając nogami czy kantarem, dlatego niezwykle ważne jest wypracowanie solidnych podstaw na ziemi.
Oprócz tego Porcupine jest świetne do ustalenia naszej pozycji w stadzie. Ten, kto się więcej rusza, ten jest niżej. Tak samo jak ten, który pierwszy ustąpi. Ten, który przestawia innych. Konie bardzo dużo bawią się w tę grę. Dlatego łatwo im będzie przenieść to   na relację z człowiekiem.
Bawcie się jak najwięcej. Uruchomcie wyobraźnię, ćwiczcie, doskonalcie to co macie. Rozwijajcie wasz język, waszą relację, a dojdziecie do niesamowitych rzeczy. Gwarantuję.