Szukaj na tym blogu

piątek, 9 czerwca 2017

Zmienne ogiera oblicze

Dzisiaj po mniej więcej dwutygodniowej przerwie odwiedziłam Bahri Baya. Uszkodził sobie w międzyczasie nóżkę i stoi w boksie, dlatego spodziewałam się że będzie pełen energii i ciężko będzie nad nim zapanować. Tymczasem ja przychodzę, zabieram go ze stajni, zajmujemy się z Julką kopytami, a tu zupełnie nie ten koń! Stoi spokojnie, ledwo głową czasem ruszy, niczym doświadczony, kilkunastoletni sportowy koń, który wie że po prostu niektóre zabiegi są konieczne i trzeba chwilę spokojnie postać, a nie trzyletni, niewyżyty ogier. Sama Julka była zdziwiona.
Niezwykle z tego zadowolona udałam się z nim na padok i zaczęliśmy się bawić. Dostałam instrukcje, że żadnych skoków, drążek jak już to jeden, ale lepiej nie, kłusa nie za dużo i tylko kontrolowany, ogółem delikatnie. Siwy zrobił się niespokojny kiedy zobaczył inne konie i ciężko mu było się na mnie skupić, zwłaszcza że usiłowałam zrobić mu jakieś ładne zdjęcia 😂 Kręcił się we wszystkie strony, mało na mnie zwracał uwagę, wytarzał się dwa razy, co było cudowne 💕💕 Chwilę się z nim pobawiłam i udało się nam połączyć. Odesłałam go na koło i mając do dyspozycji tylko jedną rękę, bo drugą to nagrywałam, poprosiłam go o kłus. Sama energia- koń idzie! A to przecież zupełnie świeży młodziak. Kocham tego konia! I to w dodatku nie jakimś szaleńczym kłusem jak zawsze, tylko tak spokojniutko, jak koń profesor, małe kroczki, na luzie... Wow!
Miałam plan, żeby przećwiczyć wszystkie zabawy, więc może nie po kolei, ale się za to wzięłam.   Trzeba będzie dopracować jeża na nosie, bo próbuje uciekać głową, zupełnie jak Amber, mój poprzedni koń. Wtedy jednak dzięki delikatności udało mi się go przekonać że to wcale nie musi boleć-jeśli się postara, zostanę tylko przy pierwszej fazie. Chody boczne w ogóle nie przypominają tego co powinny, bo zwykle ląduję z głową gdzieś tam daleko wzdłuż płotu, zadem przed nosem, a Siwy zamiast się skupić na mnie woli poskubać roślinki rosnące pod płotem. No cóż. Sporo pracy jeszcze przed nami, ale patrząc na to jak szybko młody się uczy, dużo czasu nie powinno nam to zająć. Standardowe przeciskanie nie sprawia w ogóle problemu, dlatego wymyśliłam że zrobię tunel z opon. Przechodzenie przez niego przodem okazało się łatwizną, więc podniosłam poprzeczkę. Tyłem. I to stojąc zupełnie na zewnątrz. Robiłam podobne rzeczy, ale zaczynając już w tunelu i wyprowadzając z niego konia, żeby mógł cofnąć się do środka. Dzięki temu było mu dużo łatwiej. Tym razem nie dość że młody koń, który jeszcze tego nie robił to zaczęliśmy przed tunelem. Była to świetna zabawa na rozwijanie naszej komunikacji. Potrzebowaliśmy precyzyjnej, dobrze działającej nawigacji i dużo zaufania, bo koń widzi wszystko wzdłuż boków, za zadem jednak nie. Dlatego w jego oczach wyglądało to tak, że z obu stron ma opony, a ja go proszę, żeby na nie wlazł. Dlatego cofał się bardzo ładnie, ale kiedy był już bardzo blisko, skręcał zad na bok i musiałam go znowu ustawić. Za pierwszym razem udało nam się wyjątkowo szybko, pochwaliłam go bardzo wylewnie, po czym stwierdziłam że to było za łatwe i wydłużyłam tunel, dodając do niego beczkę i parę opon. Ustawiłam go też w inną stronę, żeby było nam łatwiej. No i tu się zaczęły problemy. Miałam nadzieję że skoro wcześniej tam nam dobrze poszło to i tym razem nie będzie problemu. Niestety się przeliczyłam. Okazało się że to dużo trudniejsze zadanie i wchodzenie w beczkę jest naprawdę straszną perspektywą. Dodatkowo rozpraszały go mocno inne konie, jego stado i nowe wałachy, z którymi za nic się nie może dogadać.
Przez to machał nerwowo zadem to w prawo, to w lewo, nie rozumiejąc zupełnie co ja od niego chcę. Jak już mi się udało go ustawić prosciutko to po paru krokach zad  wyjeżdżał zupełnie na bok. Reagował na samo spojrzenie co było naprawdę świetnie. W Parellim nie chodzi o to, żeby wykonać dane zadanie, one są po to,żeby rozwijać naszą komunikację. Zawsze priorytetem jest relacja z koniem. Nawet jeśli nie wyjdzie nam to co chcieliśmy zrobić, liczy się to, żeby koń chciał z nami współpracować i coraz lepiej się przy nas czuł. U nas mimo że nie wychodziło to, co chciałam zrobić to Siwy był bardzo czuły na moje sygnały i od razu robił o co go poprosiłam, dlatego osiągnęliśmy sukces. Mimo to chciałam mu pomóc zrozumieć więc wprowadziłam go do tunelu przodem, tak by troszkę wyszedł i dopiero wtedy zaczęliśmy się cofać. Niestety w pewnym momencie Julka pojechała nad Świder. Konie zaczęły biegać po krzakach, rżeć, te które zostały zrobiły się niespokojne. Siwy mocno się zestresował widząc to całe zamieszanie. Zaczął biegać dzikim kłusem, to w prawo to w lewo, nie mógł się skupić na mnie w ogóle. Nie powiem że nie słuchał, bo na przykład ładnie odangażowywał zad, jednak po tym krótkim momencie znowu go traciłam, bo biegł już w drugą stronę. Duuużo było ganiania. Momentami robiło się niebezpieczenie, bo próbował po mnie przebiec kiedy zagradzałam mu drogę do stada. Próbowałam go skoncentrować na sobie wlasnie przestawiając mu zad i fajnie nam się to udawało ale nie był w stanie chwili ustać w miejscu. Prosiłam go zatem o okrążanie, żeby mógł się wybiegać, ale w taki sposób, jak ja chcę. Siwy robił pół koła w kłusie, po czym następował nagły zwrot i w drugą stronę! Ja nie miałam nic przeciwko temu żeby biegał- to jest koński sposób na rozładowywanie napięcia, jednak nie mogłam pozwolić żeby tak się kręcił. Wysłałam go na koło i tego koła pilnowałam. Za każdą próbę zmiany kierunku czwarta faza. Robiłam też prowadzenie z boku w kłusie. Próbowałam pilnować żeby mnie nie wyprzedzał, ale nie zawsze się to udawało i znowu zaczynał szaleńczo biegać po połówkach koła. Nawet w miarę się uspokoił na chwilę, ale wtedy stado poleciało do Julki. Wtedy dopiero się zaczęło szaleństwo. Konie nie pobiegły ot tak sobie o po prostu, tylko przeganiały się na wszystkie strony, biegały, gryzły, brykały, a potem wleciały w krzaki obok naszego padoku. Siwy po prostu szalał. Mało co mnie nie startował, próbował parę razy zastraszyć, zademonstrować jaki to on jest wielki koń. W ogóle przestał się słuchać, raz chciał mi wyrwać linę i mocno się szarpnął. Całe szczęście go utrzymałam, bo źle by się to mogło skończyć.
Bywały momenty że udawało mi się go skupić na sobie i zadaniu, z czego byłam bardzo szczęśliwa, ale niestety nie trwały długo. Poprosiłam go jeszcze o parę rzeczy, a potem stwierdziłam że to nie ma sensu- poczekałam na moment kiedy był spokojny i wyszliśmy z padoku. Poszliśmy jeszcze na trawkę, co tak średnio nam  wychodziło bo młody wolał się kręcić w kółko i wciągać mnie w krzaki zamiast jeść 😂 Nagle patrzę, wraca Julka. I całe stado. Bałam się że będzie ciężko, ale nie było aż tak źle. Siwy owszem, pobiegał trochę, ale panowałam nad nim. Wszystkie konie były mokre po kąpieli w rzece, mała Płotka też 😁💕 Udało nam się na spokojnie zapakować do boksu, co pisząc z perspektywy paru dni było nie lada sukcesem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz