To był ciężki dzień. Mógł skończyć się katastrofą, ale na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie.
Już z daleka słyszałam donośne końskie rżenie, powtarzające się stanowczo zbyt często, by było to normalne. Jego brzmienie mówiło o dużym zdenerwowaniu konia. Miałam nadzieję że to nie Siwy, bo byłoby naprawdę ciekawie, ale okazało się że to jeden z nowych wałachów, Impuls.
Dotarłam na miejsce, rozglądam się po padoku, bo ostatnio Siwy biegał już ze stadem. Patrzę, patrzę, a tu koni nie ma, płot zerwany ohoho! Albo zwiały, albo się wybrali nad rzekę, albo w stajni. Hah, nic z tych rzeczy. Po prostu inny padok. Poza Siwym, który siedział w boksie. Od razu zobaczyłam, że jest tak nakręcony, że ledwo stoi w miejscu i miałam nieodparte wrażenie, że gdyby nie lina, trzymająca go przy ścianie, najprawdopodobniej rozwaliłby boks. Niestety Siwy doskonale słyszał Impulsa, z którym za nic się nie może dogadać i gdyby mogli to ciągle by walczyli, a że nic nie widział, tym bardziej się denerwował. Widząc mnie jeszcze bardziej się podekscytował, ponieważ to oznaczało, że wreszcie wyjdzie. A ja, pamiętając co się działo ostatnio coraz mniej pewnie podchodziłam do wyciągania go z boksu. Pomyślałam jednak- wtedy się udało to i teraz się uda! Miałam przeczucie że to nie jest najlepszy pomysł, ale cóż miałam począć? Odpięłam najpierw linę od kantara, na którym był przywiązany, nie otwierając jeszcze drzwi. I to był błąd. Zaczął się tak szamotać po tym boksie, napierać na ściany, rzucać głową, że miałam wrażenie, że zaraz nie patrząc na mnie po prostu rozwali wszystko i stąd wyskoczy. Oczywiście nie mogłam do tego dopuścić, więc próbuję zapiąć go z powrotem. Ale to nie było takie proste. Złapać za ten kantar to jeszcze spoko, ale żeby go potem zapiąć na linę! Mało co palców nie straciłam, tak się rzucał, a sama lina była przywiązana do metalowego pręta, pod którym niestety musiałam przeciskać ręce, bo oczywiście nadal nie weszłam do boksu (teraz widzę, że to było głupie, ale wtedy nie miałam na tyle doświadczenia i myślałam że tak będzie bezpieczniej). Jakimś cudem udało mi się złapać za zapinkę, już nie to specjalne kółeczko do zapinania, ale nie mogłam nic na to poradzić. Przynajmniej nie rozwali już stajni. Ufff. Nieźle mnie przestraszył.
Widząc, że sama nie dam sobie rady, wyruszyłam na poszukiwania Julki. Szukam, szukam, nigdzie nie ma! Jako że wszystkie konie były na miejscu nie mogła nigdzie pojechać, ale poczekałam jeszcze chwilę, bo wiedziała że będę, a dotąd zawsze była jak przyjeżdżałam. Poustawiałam sobie opony na padoku, poobserwowałam ganiające się konie, co było bardzo ciekawe, ale w końcu stwierdziłam że nie mogę tak stać do nocy i napisałam do Julii po pomoc. Nie była ani trochę zdziwiona, że miałam takie problemy, widać norma. Już na wstępie usłyszałam "on ma się dzisiaj zmęczyć, i fizycznie i psychicznie, bo obie klacze mają ruję". Ohoho! Świetny początek, nie ma co! Nawet Julce niełatwo przyszło wyciągnięcie ogierasa z boksu, poszarpali się tam porządnie, młody wcale nie chciał słuchać, a przecież Julka jest dużo bardziej doświadczona niż ja. Ojj, będzie ciekawie.
Tylko wyszedł zaczął biegać dookoła mocno nerwowo, ale Julka zdecydowanie przejęła kontrolę, domagając się całej jego uwagi i trochę go ogarnęła. Poprzestawiała go we wszystkie strony, używając wyższej energii i wymagając tego samego. Poganiała go trochę dookoła, po czym przekazała w moje ręce. Przez chwilę miałam wątpliwości, patrząc jak się zachowuje, ale natychmiast zdałam sobie sprawę, że tak absolutnie nie może być. Koń do razu wyczuje moją niepewność i tym trudniej będzie mi sobie z nim poradzić. Kiedy tylko to do mnie dotarło, uspokoiłam się na ile mogłam (a było to naprawdę dużo), zmobilizowałam pewność siebie i do roboty!
Samo wejście na plac okazało się nie lada wyzwaniem, bo trzeba przejść przez wąski korytarz graniczący z wybiegiem Impulsa. A on tak się wściekał na Siwego, biegał, szarżował, skakał na płot z zębami i gniewnym rżeniem. Bahri oczywiście nie pozostawał mu dłużny, więc stwierdziłam że lepiej będzie wejść od tyłu, przez płot, który akurat się rozwalił. Całą drogę tam Siwy kłusował dookoła mnie- wyszło nam bardzo ładne travelling circles- rodzaj okrążania, w którym koń utrzymuje koło, natomiast człowiek się przemieszcza.
Kiedy dotarliśmy na miejsce w zasadzie nic się nie zmieniło- nadal był mocno nieogarnięty. Zaczęłam z nim robić to, co wypracowałam już wcześniej na takie sytuacje- skupić go na mnie, dać konkretne zadanie wymagające zaangażowania, porządnie wybiegać, poprzestawiać zad i przede wszystkim wyraźnie pokazać że to ja w tej chwili jestem centrum uwagi, nie konie. Nie było to takie proste jak poprzednio, ale trochę się uspokoił. Pobiegałam z nim wzdłuż płotu, prowadząc go z wysokości kłębu, bo mało tego robiliśmy, al bardzo fajnie się w tym czuję. Okazało się, że bez najmniejszego problemu, a wrecz z przyjemnością utrzymuję końskie tempo! Toż to kiedyś było zupełnie nie do pomyślenia! 😮💪💪
Miałam w planie dopracowanie cofania do tunelu, ósemkę i chody boczne. Niestety w takich warunkach udało się zrobić tylko ósemkę. Był to nasz pierwszy raz i bardzo dobrze nam poszło.
Schemat polega na tym, że człowiek staje pomiędzy dwoma pachołkami, oponami, beczkami, czymkolwiek i poruszając się tylko w prostej linii przód-tył i oczywiście za pomocą sprzętu prosi konia, by ten okrążał pachołki w kształcie ósemki. Udało mi się nagrać krótki filmik, więc postaram się go tu wrzucić. Ach, nie. Jednak nie. Bo nagrało się tylko jak ładnie kłusuje, a potem mi ucieka, kiedy go proszę, żeby skręcił 😂😂 Tak to jest jak się ma zapchaną pamięć...
Siwy bardzo ładnie wszystko zrozumiał, oprócz jednego momentu- w drugą stronę zakręcał pięknie, a w tą za nic nie mógł. Mimo to naprawdę świetnie nam poszło, więc już nie męczyłam go więcej. Jako że miałam go zmęczyć, wysłałam go na koło w kłusie, znowu bawiliśmy się w travelling circles i jestem zachwycona jak to z nim pięknie wychodzi! Mój poprzedni koń za nic nie był w stanie utrzymać tempa, a tu no problem 😁
Nadszedł jednak taki moment, że szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam co mam z nim robić. Cały czas był nakręcony, biegał, więc nic w stój i na spokojnie a tylko tak się wcześniej bawiłam z końmi. Miałam go wybiegać, ale ile można biegać w kółko? Nie chciałam mu wyłączać mózgu, ale nie moglam nic ciekawego wymyślić. Drążki nie, skoki nie, jakieś nagłe skręty to lepiej też bo ta noga... Wyszło tak że on biegał, a ja miałam poczucie, że nie wiem, nie umiem. Nie powiem, nie było to fajne. Udało mi się go w miarę ogarnąć, na tyle, żebyśmy mogli wyjść. Jak tylko zbliżyliśmy sieedo Impulsa zaczął się szczerzyć i demonstrować jakim to on jest silnym ogierem. Jakoś udało nam się przejść na trawę. Nawet trochę poskubał, ale zaraz konie zaczęły się ruszać, Impuls biegać i zrobiło się ogólne zamieszanie, w którym i on się zdenerwował. Mimo to byłam z niego dumna, bo przez dłuższą chwilę zupełnie ignorował Impulsa. Potem zaczął popisowym kłusem biegać dookoła mnie. Nie mogliśmy wejść do stajni, bo akurat wpakowały się tam Pochodnia i Płotka. Nie miałam jak ich przepędzić, więc czekaliśmy aż sobie wyjdą. Założyłam, że do klaczy w rui lepiej się z napalonym ogierem nie zbliżać i podeszliśmy dopiero jak się porządnie oddaliły.
Wejść bez problemu, zapakowaliśmy się do boksu, chwilę stał... i się skończyło. Wymyśliłam, że bardziej uszanuje drzwi niż mnie, więc zamknęłam drzwi i z zewnątrz próbowałam zmienić mu kantar. Znowu ten sam błąd. Zdążyłam tylko lekko poluzować kantarek, kiedy zorientowałam się, że nie tędy droga. Próbowałam założyć mu ten boksowy kantar, ale totalnie nic z tego nie wychodziło. Przeciwnie. Młody już po chwili zaczął panikować, nakręcał się coraz bardziej. Tak bardzo chciał wyjść z tego boksu, że nic nie mogło go powstrzymać. Przestawiałam go, napierałam, szarpałam. Na początku nawet pomagało, ale potem nie był w stanie już się mnie słuchać. Nawet to, że stałam przed drzwiami i zagradzałam mu drogę machając rękami nic nie pomogło. Przestraszyłam się, że kiedy tak stoję przed tymi drzwiami, on może je wyważyć, przygnieść mnie nimi i po nas przebiec. Przeszłam czym prędzej na bok, gdzie już nie było takiego niebezpieczeństwa. Próbowałam utrzymać go na miejscu, przywiązać, ale nie wyszło. Stało się. Drzwi wypadły z zawiasów. I to tak nieszczęśliwie, że na jednym jeszcze się trzymały, więc leżały przechylone blokując wyjście. Siwy mocno się przestraszył, a jednocześnie wyczuł szansę ucieczki i coraz trudniej było go utrzymać. Całe szczęście zjawiła się pomoc. Mama Julii próbowała przytrzymać drzwi, ale to nie rozwiązywało problemu. Bahri był już na skraju kontroli nad sobą, zaczął skakać na ściany i jeszcze chwila, a zupełnie by mi się wymknął. Żeby jakoś go kontrolować musiałam wsadzić mu rękę do boksu (wtedy mogłam operować liną) ale okazało się to straszliwie niebezpieczne. Bowiem w pewnym momencie Siwy w szaleńczej próbie uwolnienia się stanął lekko na tylne nogi i przygniótł mi rękę do ściany. Poczułam tylko jak zwala się na mnie wielka masa ciepłych końskich mięśni. Całkiem miękkich.
Nawet nie bolało.
Po chwili dotarło do mnie co się stało. Ściana boksu jest wykończona od góry metalem. Koń waży koło pół tony. Przecież mógł mi ją złamać! Przeraziłam się nie na żarty, bo nadal tkwiliśmy w tym boksie. Nikt nie zauważył co się naprawdę dzieje, jak to zwykle bywa. I wtedy dopiero zaczęło boleć.
Próby utrzymania go w boksie nie miały sensu, ale udało się go otworzyć. Całe szczęście. Wyskoczył jak z procy, jakimś cudem nie tratując drzwi, ale kiedy wyszliśmy na zewnątrz zupełnie się uspokoił. Byłam pewna że zacznie biegać do klaczy, a tu nic z tych rzeczy! Trochę się pokręcił, ja go poszarpałam może trochę za mocno, ale z jedną ręką nie mogłam sobie pozwolić żeby się wymknął spod kontroli. Tymczasem on zaczął jeść trawę. A ja mroczki przed oczami, ręka boli coraz bardziej, boks się nie nadaje do użytku, a przecież może chwilowo spokojny, ale trzymam ogiera, a obok są dwie grzejące się klacze. Przetłumaczyłam sobie że nie mogę w takiej sytuacji zemdleć, a ręką może i boli ale mogę nią ruszać, więc złamana nie jest na pewno. I przeszło. Wezwałam Julkę na pomoc. Ustawiła drzwi jak należy, ale konia ode mnie nie wzięła. Sama go tam wprowadziłam i trzęsącymi się rękami założyłam najpierw kantar stajenny, przypięłam do liny, zdjęłam sznurkowy. Wyszłam, zamknęłam drzwi. Przeżyliśmy! Zdjęłam! Bardzo się cieszę że sama to zrobiłam. Przekonałam się, że jednak umiem. w międzyczasie do stajni weszła Pochodnia z Płotką. I wszystko się wyjaśniło. To nie była klaustrofobia czy jakieś straszliwe niewyżycie. Siwy wyjątkowo traktuje te dwie klacze. Dba o nie, chce mieć zawsze na oku, pilnować bezpieczeństwa. Ogiery w dzikim stadzie robią tak samo, trzymają się lekko z boku, chroniąc swoje stado, swoje klacze. Kiedy zamknęłam go w boksie nie widział co się dzieje, nie mógł czuwać nad swoimi dziewczynami, więc bardzo się niepokoił. A ja je wyganiałam z tej stajni! Ale nie miałam pojęcia, myślałam że skoro Pochodnia ma ruję to się będzie na nią rzucał, a jemu w ogóle nie to w głowie. Owszem, pogadał do niej trochę, ale przede wszystkim chciał jej zapewnić bezpieczeństwo. Tak naprawdę najbardziej zmienił się jego stosunek do innych samców. Bardzo chciał pokazać, że to on jest tutaj ogierem, klacze należą do niego i on zrobi wszystko, żeby inne konie się do nich nie zbliżały. Jednynie Czarfa traktował jako członka stada i nie uważał go za jakieś zagrożenie. W końcu staruszek, niegroźny.
Nawet nie powiedziałam o tej ręce, stwierdziłam, że nic aż tak poważnego, nawet nosiłam potem siatki z sianem. I je wypełniałam. Potem mi się za to dostało.
Bolało tak strasznie, że ledwo mogłam nią ruszać. W każdej pozycji, na całej długości. Siniaka mam tylko na ramieniu, ale ból rozszedł się od palców po kręgosłup. Myślałam nawet, żeby jednak to prześwietlić, czy coś tam się się ukruszyło, bo przede wszystkim bolały mnie właśnie kości. Nie można było dotknąć, przez pierwszych parę dni robiło się coraz gorzej. Bałam się co to będzie dalej, ale dzięki Bogu przeszło. Po tygodniu jest już dużo lepiej, oczywiście muszę jeszcze bardzo uważać, ale jestem w stanie normalnie funkcjonować. Może oprócz treningu, co bardzo mi się nie podoba, bo jestem tak sfrustrowana że się wściekam na wszystko i wszystkich. Tak bardzo brakuje mi ruchu. Oczywiście co mogę to sobie ćwiczę, ale to wszystko za mało, za mało, za mało! Mam nadzieję że już niedługo będę mogła wrócić do porządnych treningów. I koni.
Co myślę o tym wszystkim? Czy obwiniam Julkę że mi dała takiego konia? Czy ludzi, który tam byli, ale nie pomogli? Może Siwego? Czy uważam że jest złym koniem?
Nie. Nic z tych rzeczy. Nikt tutaj nie zawinił. Sobie też nie mogę wytknąć jakiegoś konkretnego błędu. Nie mam wyrzutów sumienia, nie uważam że zrobiłam głupio. Wtedy po prostu nie miałam takiej wiedzy, żeby zrobić co należy. Natomiast Siwy jest najnormalniejszym koniem w świecie. Po prostu zachowywał się jak koń. On nie chciał mi zrobić krzywdy, pewnie nawet nic nie zauważył. Po prostu wpadł w lekką panikę, a wtedy wyłącza się myślenie. Robił wszystko, żeby chronić co dla niego ważne, a to bardzo cenne zachowanie. Jest dobrym koniem. Po prostu są konie na różnych poziomach. Jego poziom jest dla mnie jeszcze trochę za wysoki. Z radością stwierdzam że nie dużo, ale jednak.
Jak ze wszystkiego, z tego zdarzenia czegoś się nauczyłam. I to coś nie jest wcale takie oczywiste. Nic związanego z wprowadzaniem konia do boksu.
Myślę że najważniejsze jest to, żeby wychodzić poza schematy, myśleć inaczej, nawet jeśli wydaje nam się że na 100% jest tak. Bo może właśnie jest inaczej. Musimy pamiętać że nawet wśród ludzi są osoby o totalnie odmiennym punkcie widzenia, a konie z natury myślą zupełnie inaczej niż my. Dlatego nawet jeśli siedzimy już długo w końskim środowisku, pracujemy, znamy się, często wychodzi nam rozumienie koni, musimy pamiętać że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. I nawet jeśli ktoś niezwykle mądry to powiedział, nawet jeśli napisał o tym tonę książek tym razem może być inaczej. Bo każda sytuacja jest inna. Jeden szczegół może ją diametralnie zmienić. A konie są bardzo wrażliwe.
Bądźmy otwarci. I w oczach i w sercu i w umyśle. Nie zamykajmy się w schematach. Włączmy myślenie, kreatywność, podchodźmy zawsze indywidualnie.
Kierujmy się sercem, to najlepszy drogowskaz w drodze do koni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz